Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Nie na takiego Lecha czekaliśmy

włącz .

Trudno się jeszcze łudzić, że Lech cokolwiek w tym sezonie zwojuje. Szansa była niepowtarzalna, za rok Legia może nie być już tak słaba, przegrywająca. Dobra drużyna, mająca w składzie klasowych zawodników, dobrze przygotowana i mądrze prowadzona, miałaby już dużą przewagę w lidze. Lech bardzo chce triumfować, a na przeszkodzie stoi tylko jedno: kompletnie nie wychodzi mu gra w piłkę. Wszystko inne działa, ale to akurat nie.

Maciej Skorża we wrześniu przejął grupę ludzi po przejściach, kompletnie rozbitą. Sposób budowania drużyny i zarządzania nią został skompromitowany, trzeba było wszystko zaczynać od początku, zmienić mentalność piłkarzy, którym udzielił się minimalizm władz klubu, brak parcia na sukcesy, ograniczenie zainteresowań do sfery finansowej. Przyjście Macieja Skorży potraktowano jako przełom. Otrzaskany w bojach, mający za sobą sukcesy trener miał szybko postawić zespół na nogi. Trochę na to czekaliśmy, ale wreszcie przyszły dobre mecze, pojawiły się nowe elementy taktyki, głównie ofensywnej.

Szybko okazało się, że wytrawny trener, którego doświadczenie w zdobywaniu trofeów miało się Lechowi przydać, ma podstawową wadę. Jest bezradny wobec problemów przewlekle nękających drużynę, paraliżujących jej poczynania. Jak nie potrafiła wygrywać na wyjazdach, tak do dziś nie potrafi. Jak nie dawała rady dojść do siebie po przerwach na reprezentację, tak nie daje rady. Jak seryjnie remisowała, nie potrafiąc rozstrzygać wyników na swoją korzyść, tak remisuje do tej chwili bijąc wszelkie rekordy.

Koniec roku przyniósł optymizm. Nareszcie mogliśmy cieszyć się grą Lecha. Drużyna atakowała jak natchniona, zawodnicy w ofensywie zmieniali pozycje, gubili obronę przeciwnika, ośmieszali ją, po odebraniu piłki w kilka sekund stwarzali groźne sytuacje. Wiosną, po poprawie gry defensywnej, miało być jeszcze lepiej, trener otrzymał mnóstwo czasu na wdrożenie swoich koncepcji taktycznych, przygotowanie piłkarzy do rozgrywek. Na nowych graczy długo nie mógł się doczekać, ale wreszcie dołączyli do zespołu, mieli go wzmocnić, albo przynajmniej stworzyć komfort większego wyboru.

Zimowe sparingi wyglądały obiecująco, mogliśmy się nimi cieszyć dzięki transmisjom telewizyjnym i internetowym. Nie było kibica, który nie wierzył, że dystans do Legii można zmniejszyć, bo przecież lider tabeli nie będzie wszystkiego wygrywał, wzmocniony i dobrze przygotowany Lech ma na to większe szanse. Rzeczywistość okazała się przykra, już pierwszy wiosenny mecz przyniósł rozczarowanie, gra była dużo gorsza niż jesienią. Tak miało pozostać. Wiosną Lech nie rozegrał ani jednego meczu, z którego można byłoby być w pełni zadowolonym, który wspominalibyśmy z satysfakcją. Sporo za to było tych rozczarowujących, albo wręcz kompromitujących.

Do końca sezonu zostało dziewięć ligowych kolejek i finał Pucharu Polski. Można byłoby powiedzieć, że wszystko jeszcze jest możliwe. Każda drużyna może złapać formę, inna ją zgubić. Brakuje jednak jakiejkolwiek przesłanki napawającej nas optymizmem. Lech jest zwyczajnie słaby, już nie tylko mentalnie, ale przede wszystkim piłkarsko. Atakuje schematycznie i statycznie, bez przyspieszeń, dynamiki, zmian pozycji. Nie może pozbyć się nawyków nudnego rozgrywania piłki przez obrońców, bezmyślnego wycofywania jej do bramkarza. Trzeba powiedzieć to otwarcie: słaby Lech nie jest w niczym lepszy od ligowych przeciętniaków.

Liczymy na wyjaśnienie, dlaczego drużyna została tak źle przygotowana do rozgrywek. Wiemy, że drogie wzmocnienia okazały się nieporozumieniem, że Szymon Pawłowski po kontuzji stracił wszystkie walory, a długa niedyspozycja Darko Jevticia wymusiła nowe rozwiązania taktyczne. To jednak nie tłumaczy fatalnej postawy pozostałych piłkarzy, wśród których nie brakuje graczy nietuzinkowych. Wszyscy grają poniżej oczekiwań. Żaden nie jest w niczym lepszy od zdecydowanie gorzej opłacanych kolegów z Łęcznej, Kielc, Szczecina.

W takiej sytuacji trudno nie sięgać pamięcią do 2012 roku, gdy ten sam trener miał w kieszeni mistrzostwo z poważnie wzmocnioną Legią. Nagle zaczął trwonić punkty – zupełnie tak samo, jak teraz. Nie nasze zmartwienie, ale w Warszawie do dziś próbują sobie wytłumaczyć, co się wtedy stało. My mamy własne problemy, choć tego samego trenera. Pytamy więc: co się dzieje z Lechem? Kto zdemolował formę piłkarzy, których stać na zdominowanie ligi? Na odpowiedź trener ma wiele lat, bo przecież spędzi w klubie równie dużo czasu, jak jego poprzednicy.

Józef Djaczenko