Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wielka szansa przed Lechem. Potrafi ją wykorzystać?

włącz .

Ostatnie tygodnie są dla Lecha szalone. Zaczęło się od zwycięstwa na Legią, które przestało się liczyć po stargardzkiej kompromitacji. Drużyna stanęła na nogi, wygrała w Bełchatowie, odrobiła z nawiązką straty w Pucharze Polski. To nie koniec niesamowitych emocji. Mecz przeciwko Koronie nabrał niezwykłego znaczenia. Rozegrany zostanie ledwo trzy dni po 120-minutowej, wyniszczającej walce z drugoligowcem, a stawka jest nie byle jaka: fotel lidera ekstraklasy.

Jeśli piłkarze Lecha wytrzymają presję i dobrze zregenerują się po czwartkowych męczarniach, może nastąpić przełom. Zajmą miejsce na czele ligi z nastawieniem, by nie oddać go do końca rozgrywek. Gdyby Kolejorz złapał taką formę, jaką popisywał się pod koniec ubiegłego roku, można byłoby wierzyć, że jest to realne. Wiosną nie pokazuje już jednak takich walorów. Czołowi zawodnicy albo długo dochodzą do formy (Hamalainen), albo do tej chwili nie potrafią odzyskać równowagi (Pawłowski). Gdy weźmiemy pod uwagę także i to, że mentalna moc od dawna nie jest atutem Lecha, nie będzie nam łatwo o optymizm.

W ostatniej kolejce wszyscy rywale Lecha grają dla niego. Przegrały swe mecze Śląsk, Jagiellonia, a co najważniejsze – Legia. Ledwo zremisowała Wisła. Tylko Lechia, znajdująca się na szóstym miejscu, potrafiła odnieść zwycięstwo. Wystarczy pokonać u siebie Koronę, by nie tylko liderować, ale i zwiększyć przewagę nad trzecią drużyną do siedmiu punktów. Korona po wejściu do ekstraklasy tylko raz w Poznaniu zremisowała, nie zdobyła ani jednej bramki, więc wydaje się, że Lech stoi przed łatwym zadaniem. Jest to niestety złudzenie.

Korona, która zawsze przygrywa w Poznaniu i zespół prowadzony teraz przez Ryszarda Tarasiewicza to różne drużyny. Tym razem, chcąc wygrać, trzeba w mecz włożyć wszystkie siły, wszystkie umiejętności, do tego zastosować mądrą taktykę i wolę zwycięstwa. Łatwo nie pójdzie, bo Lech nie jest jeszcze, i pewnie długo nie będzie, ekipą, na którą w starciu ze słabszym rywalem można stawiać w ciemno. Przed trenerem dużo jeszcze pracy. Kto wie, czy skutkiem burzliwego półfinału Pucharu Polski nie będą poważne zmiany w składzie, dokonane dopiero latem.

Dobry los daje Lechowi wielką szansę. Na początku rozgrywek, a potem także w ich trakcie, frajersko stracił wiele punktów, ale główny przeciwnik, drużyna podobno klasy już europejskiej i z dwukrotnie wyższym budżetem, doznała w lidze do tej pory aż ośmiu porażek. Żal byłoby tego nie wykorzystać. Przekonamy się, czy Lech jest już przygotowany do roli lidera. Zapowiadają się wielkie emocje przy Bułgarskiej. Warto być wśród tych – a może ich być nawet 30 tysięcy – którzy obejrzą to historyczne wydarzenie.

Decyzją urzędnika ośmieszającego i siebie, i swoją funkcję, i państwo, które reprezentuje, Kocioł będzie zamknięty. To zemsta Piotra Florka za piękną i stuprocentowo bezpieczną oprawę sprzed dwóch tygodni. W swojej łaskawości nie wyrzucił ludzi z całego stadionu, a tylko z jednej trybuny twierdząc, że jest ona niebezpieczna, bo tak orzekli geniusze-strażacy (ci sami, których wojewoda nie posłuchał dając zgodę na wypuszczanie w powietrze, nad centrum miasta, płonących lampionów). W międzyczasie mieliśmy hitowy mecz z Błękitnymi. Wtedy Kocioł był bezpieczny, ludzie mogli tam wejść. Sytuacja zmieniła się przed meczem ligowym. To dowodzi, że nie chodzi o żadne bezpieczeństwo, ale o jak największą dokuczliwość. Kiedy wojewoda Florek podejmował decyzję nie mógł wiedzieć, że półfinał Pucharu Polski będzie się cieszyć tak dużym zainteresowaniem.

Jak to możliwe, że państwowy urzędnik nakłada na klub i jego kibiców kary nie znajdujące się w żadnym kodeksie, żadnym regulaminie? Dlaczego nikt go za to nie rozliczy? To potwierdza coraz bardziej powszechną tezę, że żyjemy w dziadowskim państwie. Cała Polska śmieje się z nadgorliwego Piotra Florka, ale nikt jakoś nie potrafi pociągnąć go do prawnej odpowiedzialności. Ciekawe, dlaczego jego partyjni zwierzchnicy nie pytają, dlaczego poznański stadion jest niebezpieczny tylko na meczu ligowym, a na pucharowym już nie.

Najaktywniejsi kibice Lecha zasiądą w innym miejscu - tam, gdzie zbiegają się „czwórka” i „trójka”. Widzowie śledzący transmisję telewizję ujrzą pusty Kocioł. Przekonają się, że żyjemy w chorej rzeczywistości. Piotr Florek przedstawia się jak kibic Lecha, ale przejdzie do historii jako złośliwy, mały człowiek, jako urzędnik podkładający niezależnemu podmiotowi nogę. Jako reprezentant partii działającej na szkodę obywateli. I jako człowiek utrudniający Lechowi drogę po mistrzowski tytuł.

Józef Djaczenko