Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Pozwólcie kibicom wrócić na stadion!

włącz .

Frekwencja na INEA Stadionie stała się skromna. Niektórzy dopatrują się w tym zmierzchu kultu Lecha, ale to przecież nieprawda. Nie tak łatwo zniszczyć wielopokoleniową tradycję wspierania Kolejorza. Jeżeli kibicowski potencjał klubu nie jest wykorzystywany, to nie ma w tym winy samych kibiców. Miasto i region ciągle żyją Lechem. Gdyby ludzie byli pewni, że nie są traktowani niepoważnie, zasiedliby na trybunach w liczbie nie mniejszej niż w najlepszych czasach.

Poznań pozostaje w uśpieniu, ale to stan chwilowy, a nie permanentny. To nie Wrocław, czy Gdańsk, gdzie można od czasu do czasu, stosując zabiegi socjotechniczne i radykalnie obniżając ceny biletów, zapełnić połowę stadionu, jednak ze świadomością, że to numer jednorazowy i osoby, które obejrzą następny mecz, bez trudu zmieściłyby się na zabytkowych trybunach przy Oporowskiej i przy Traugutta.

Skoro o Wrocławiu mowa – tamtejsi dziennikarze biją na alarm: wielki, jeszcze droższy niż poznański stadion wygląda upiornie, gdy na meczu ekstraklasy zajęte jest co siódme krzesełko. Szukają przyczyn tego smutnego zjawiska. Racjonalnej odpowiedzi nie przedstawiają, choć jest ona oczywista. Otóż i Wrocław, i Śląsk padły ofiarą wybujałych ambicji polityków i prezydenta małpującego dokonania innych. Szaleńcy promujący na chama Wrocław wyrzucili z organizacji Euro 2012 Kraków pozbawiając Polskę poważnego atutu i wyrządzając niedźwiedzią przysługę samemu Wrocławiowi. To tak, jakby ktoś pominął Barcelonę, Monachium, Liverpool, Mediolan czy Marsylię kosztem ośrodków niczym się nie wyróżniających, nijakich, ale z silnym lobby.

Wrocław nigdy nie będzie miastem futbolu. Jest miastem żużla, koszykówki. Na użytek mało popularnego Śląska wystarczyłby stadion wielkości lubińskiego, czy nawet gliwickiego. I tak rzadko by się zapełniał, ale przynajmniej nie zawstydzałby jako karykatura wielkomocarstwowości. W Poznaniu mamy inną sytuację. Panuje tu monokultura Lecha, nic innego się nie liczy. Na sukcesy Kolejorza jesteśmy po prostu skazani. Prezydentowi Wrocławia, jak sam to kiedyś wyznał, zaimponowała promocja Poznania przez Lecha udanie grającego w Europie (tak, były kiedyś takie czasy). Chciał pójść tą drogą, ale się przeliczył. Stał się szkodnikiem na skalę nie tylko własnego miasta, bo przecież za budowę nikomu niepotrzebnego molocha nie płacił z własnej kieszeni. Grzegorz Schetyna też się nie dołożył. Koszty ponieśli wszyscy Polacy.

Poznańscy populiści rozpaczają, że zarządzający INEA Stadionem Lech zasila budżet miasta w zbyt skromnym wymiarze. A jak jest we Wrocławiu? Tam obiekt, który nigdy na siebie nie zarobi, pozostaje na utrzymaniu podatników. Tych samych, co finansują także klub, choć na jego mecze nie chodzą. Trudno sobie wyobrazić głupszy układ. Gdyby działo się to w Poznaniu, media rozjechałyby polityków i samorządowców. We Wrocławiu takie numery przechodzą. Nikt nie gani ludzi budujących wirtualną potęgę tego miasta. Miejmy nadzieję, że kiedyś rozliczeniami zajmą się służby państwowe i wyręczą mało dociekliwych wrocławskich dziennikarzy.

U progu nowego roku nie martwiłbym się tym, że duża część poznańskich kibiców omija ulicę Bułgarską. To się może zmienić nawet już wiosną. Ludzie wrócą na stadion, gdy uwierzą, że gra tam drużyna pokazująca widowiskowy, skuteczny futbol, mająca w składzie klasowych piłkarzy, prowadzona przez mądrego, stawiającego przed sobą najwyższe cele trenera. Gdy Maciej Skorża powtarza, że jego celem jest stworzenie ekipy przyciągającej na stadion publiczność, to nie ma powodu, by mu nie wierzyć. To, co widzieliśmy w ostatnich meczach roku, napawa nadzieją.

Sukcesy nie wezmą się znikąd. Lech musi mieć lepszych, doświadczonych zawodników w każdej formacji. Takie zapotrzebowanie zgłosił trener, a z jego zdaniem wypada się liczyć. Tym razem klub zatrudnił osobę poważną, a nie dłużnika zarządu. Maciej Skorża nie otrzymał posady na kredyt, nikomu nie musi się ślepo podporządkowywać. W ubiegłych sezonach było inaczej i prędzej lub później musiało się to skończyć krachem. Wydaje się, że nauka nie poszła w las. Wraca normalność.

O wielkich oczekiwaniach poznańskiego środowiska, zupełnie innego niż wrocławskie, czy gdańskie, świadczy zainteresowanie transferami. Każdy dzień przynosi spekulacje na temat spodziewanych wzmocnień Lecha. W mediach przewijają się kolejne nazwiska, bo dziennikarze wykorzystują wszelkie tropy, pilnie śledzą doniesienia z obcych lig, słuchają podpowiedzi managerów. Lista nazwisk rośnie i gołym okiem widać, że gdyby wszystkie zapowiedzi się spełniły, Lech musiałby zmienić nazwę na „Lechia Gdańsk”, a przed każdym meczem odgrywać hymn Węgier. Potwierdzą się tylko niektóre informacje, więc warto pamiętać, że największe rozczarowania przeżywają najbardziej łatwowierni.

Znając naturę kibiców, nadzieję na kolejnych klasowych piłkarzy będą mieć do ostatniej chwili, do zamknięcia okienka transferowego. I nikt im tego nie zabroni. Kiedy dojdą do wniosku, że w Poznaniu powstaje mocna drużyna, zaczną chodzić na stadion w liczbie dużo większej niż podczas zwariowanej, pełnej rozczarowań jesieni. Od dawna tęsknią do drużyny efektownie grającej i wygrywającej, mierzącej się z rywalami z najwyższej półki. To nie jest czcza zachcianka. Warto spełniać kibicowskie marzenia. We własnym interesie.

Józef Djaczenko