Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kiedy uzdrowią chorą ustawę?

włącz .

Politycy wolą patrzeć przez palce na naruszanie zapisów ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych niż doprowadzić w niej do oczekiwanych przez wszystkich zmian. Musiałyby one polegać na wprowadzeniu zapisów bardziej liberalnych, a to nie jest mile widziane przez rządzących. Wprost przeciwnie, działaniem politycznie poprawnym jest stałe przykręcanie śruby, ściganie, nakładanie ograniczeń, popisywanie się bezkompromisowością.

Niedawny mecz rezerw Lecha z klubowymi oldbojami był wydarzeniem atrakcyjnym. Mogło je jednak obejrzeć maksymalnie 999 osób. Gdyby na stadion wpuszczona została choćby jedna więcej, mielibyśmy do czynienia ze złamaniem ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Zamiar zorganizowania takiej imprezy trzeba zgłosić z 30-dniowym wyprzedzeniem, spełnić mnóstwo bardziej lub mniej sensownych warunków, postarać się o zgodę rozmaitych służb.

Ustawa nakazuje podać datę i godzinę rozegrania meczu, godziny trwania samej imprezy masowej, a zaczyna się ona zwykle kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem, kończy po opuszczeniu stadionu przez ostatniego widza, czyli mniej więcej godzinę po gwizdku ostatnim. Organizator podaje też nazwę przeciwnika. Osoby zajmujący się tym twierdzą, że z ich punktu widzenia największym problemem jest zgłaszanie takiej imprezy z miesięcznym wyprzedzeniem. Często wyklucza to możliwość spełnienia wszystkich nakazanych ustawą warunków.

Przykład? Organizowanie meczów europejskich pucharów. Losowanie drugiej rundy Ligi Europejskiej, czyli pierwszej z udziałem polskich drużyn odbędzie się 23 czerwca. Mecze rozegrane zostaną 17 i 24 lipca. Żaden polski klub nie potrafi więc spełnić zapisów ustawy podając z miesięcznym wyprzedzeniem, kto będzie jego przeciwnikiem i o której godzinie odbędzie się mecz. Nie wie przecież, kogo wylosuje, na czyim terenie odbędzie się pierwsze spotkanie. Musi zgłaszać dane niekompletne, a więc bezwartościowe. Wojewodowie i komendanci wojewódzcy policji na każdym kroku powtarzają, że zobligowani są do ścisłego przestrzegania procedur. Powinni w tej sytuacji zabronić polskim klubom organizacji meczów pucharowych. Mogłyby sobie przeprowadzić imprezę dla 999 osób. Na szczęście w żadnej „genialnej” głowie taki ośmieszający Polskę pomysł jeszcze się nie narodził.

Działacze UEFA zdają sobie oczywiście sprawę z występujących w Polsce przepisów. Nie mogą się do nich dostosować, bo mają własne terminy i ograniczenia, takie jak zakończenie rozgrywek we wszystkich europejskich państwach. W tej sytuacji jedynym sposobem wyjścia z niezręcznej sytuacji jest zmiana polskiej ustawy, wprowadzenie bardziej życiowych terminów. W innych państwach obowiązują procedury mniej skomplikowane. Dużym przyspieszeniem byłaby rezygnacja z uprawiania korespondencji urzędowej za pośrednictwem poczty. Dlaczego w innych krajach korzysta się z telefonów, SMS-ów, emaili, a w Polsce ciągle trzeba uprawiać biurokrację z użyciem listów poleconych? Komu zależy, bo Polska pozostała urzędniczym skansenem? Czy stadiony przestaną być bezpieczne, gdy komendant straży pożarnej lub wojewoda nie będzie fatygować listonosza?

Kalendarz ligowych rozgrywek, po wprowadzeniu dodatkowej fazy spotkań, jest napięty. Trzeba organizować mecze w pełni zimy, która w tym roku na szczęście była łagodna. A jednak po fazie zasadniczej zarządzono dwutygodniową, nikomu niepotrzebną przerwę. Niepotrzebną, ale wynikającą z zapisów ustawy, bo organizatorzy meczów muszą znać nazwy swych pierwszych przeciwników. Gdy ludzie służą przepisom, a nie przepisy ludziom, sprawne przeprowadzenie rozgrywek jest wykluczone. Na szczęście w drodze wyjątku komendanci wojewódzcy zgodzili się na pójście na skróty. Nie trzeba rozpoczynać urzędowej kołomyi od nowa, wystarczy uzupełnić poprzednią dokumentację.

Aż się prosi, by dostosować te nieżyciowe zapisy do potrzeb. Przy okazji można byłoby wprowadzić i inne od dawna oczekiwane zmiany rezygnując z przepisów martwych, paraliżujących, komplikujących życie. Nie trzeba tu wymyślać prochu, wystarczy korzystać z przykładów innych państw. W Polsce przed każdymi rozgrywkami stadion musi przejść dokładną lustrację z udziałem straży pożarnej, policji, nadzoru budowlanego. Przed rozgrywkami fazy dodatkowej procedurę się powtarza. Natomiast w Anglii obiekty certyfikowane są na okres dłuższy, nawet na kilka lat. Każdy wie, że są bezpieczne. W terminie siedmiu dni zgłasza się, że odbędzie się tam koncert, mecz, inne wydarzenie. Urzędnicy i policjanci zamiast trwonić czas, mogą zająć się czymś pożytecznym.

Gdyby politykom przyszło do głowy, że warto wreszcie zrobić porządek z zapisami ustawy, nie będą mieli problemów z wyszukaniem przepisów, które nikomu ani niczemu nie służą. Na meczach podwyższonego ryzyka aż 50 procent stewardów i ochrony musi mieć podwyższone kwalifikacje. Takim trzeba więcej zapłacić, mimo iż lepszej pracy nie będą świadczyć. Poza tym trudno znaleźć wymaganą liczbę takich kwalifikowanych osób. W przypadku Poznania chodzi o niebagatelną liczbę 400 specjalnie przeszkolonych pracowników. Na meczach zwykłych tylko 20 procent stewardów musi spełniać takie warunki.

Inny absurd – internetowa sprzedaż biletów na mecze. Nabywca, w myśl ustawy, musi okazać dowód osobisty. Jak to zrobić przez Internet? Pokazać dokument monitorowi? W pomieszczeniach VIP-owskich, w strefach hospitality, będących częścią stadionu, podczas meczów masowo spożywa się alkohol, i to bynajmniej nie niskoprocentowy. Teren ten sztucznie jest wyjęty spod rygorów imprezy masowej. Zaproszeni na mecze goście specjalni, w tym VIP-y z prezydentem i premierem włącznie, prezesi i skauci innych klubów, muszą przed wejściem na stadion podać imię, nazwisko, PESEL. Bez tego akredytacji otrzymać nie powinii. Ośmiesza to organizatora meczu. Ustawodawca nie ma zamiaru obdarzyć go drobnym kredytem zaufania.

Na każdym meczu Lecha, a także innych klubów tysiące osób nagminnie, na oczach wszystkich możliwych służb łamią prawo. Głupie prawo nakazuje im siedzieć, zakazuje stać podczas meczów. Od dawna słychać postulaty, by pójść w Polsce za przykładem Niemiec i innych krajów, wydzielić na stadionie miejsca stojące. W przypadku INEA Stadionu sensowne byłoby wydzielenie całej II trybuny, gdzie i tak nikt nigdy nie siedzi. Gdyby wojewoda odczuł jeszcze większy apetyt na snickersa, miałby prawo wprowadzić za to restrykcje. Od dawna mówi się też o zalegalizowaniu pirotechniki, odpalanie jej pod nadzorem. Gdyby tak się stało, wojewodowie straciliby ostatni pretekst do zamykania trybun lub całych stadionów, nikt więc takich zapisów do ustawy nie wprowadzi.

Nie wszędzie trzeba mnożyć przepisy. W wielu sytuacjach wystarczyłby zdrowy rozsądek. Z raportu Ekstraklasy SA wynika, że liczba zakłóceń porządku na polskich stadionach jest wobec liczby organizowanych meczów znikoma. W Polsce nie występują zdarzenia, które widzi się w Anglii, choć polscy politycy stawiają ją za wzór. Tam zakłóceń porządku jest wielokrotnie więcej. I to takich, jak wtargnięcie na płytę boiska, czynna napaść na piłkarza, bitwy na stadionie między kibicami.

Józef Djaczenko