Trumfy Lecha zaczęły się od pokonania Arki. Historia się powtórzy?

włącz .

Nie pierwszy raz w historii Lech zaczyna wiosenne rozgrywki meczem w Gdyni. Zdarzyło się, że odniesione tam zwycięstwo zapoczątkowało świetną passę zakończoną ostatecznym, upragnionym przez setki tysięcy fanów sukcesem. Jeżeli w niedzielę uda się wygrać, będziemy mieli prawo liczyć, że historia się powtórzy.

Sezon 1971/1972 był dla Lecha przełomowy. O ile dopiero w latach 80, pod wodzą Wojciecha Łazarka przyszły historyczne triumfy, pierwsze trofea, to gigantyczna, z niczym nieporównywalna popularność Kolejorza zrodziła się dekadę wcześniej. To wtedy pożegnaliśmy klub wprawdzie lubiany, dopingowany przez wielu fanów, mający za sobą występy w ekstraklasie, ale cieszący się opinią jeśli nie osiedlowego, to z pewnością prowincjonalnego. Daleko mu było do hołubionych przez władze ekip ze Śląska i z Warszawy.

Resortowy klub, w myśl ówczesnych zasad, miał do spełnienia cel główny: zapewnienie braci kolejarskiej możliwości czynnego uprawiania sportu. Ponieważ Kolejorz grał widowiskowo, miał w składzie takich bombardierów, jak Teodor Anioła, Edmund Białas, Henryk Czapczyk, czy Janusz Gogolewski, był popularny. Na kameralnym, typowo piłkarskim stadionie, znanym z atmosfery, jakiej brakowało na Golęcinie, czy na gigantycznym obiekcie Warty, gromadzili się głównie mieszkańcy Dębca, ale nie brakowało i widzów przyjeżdżających z całego miasta. W latach 60 przyszedł kryzys, pierwszoligowe emocje skończyły się, chłopcy z Dębca męczyli się w II, a nawet III lidze.

Nowa era Lecha zaczęła się, gdy funkcję prezesa objął Wacław Drab. Był świetnym organizatorem, wielkim pasjonatem, człowiekiem powszechnie szanowanym. Wiedział, jak z klubu przeciętnego stworzyć organizm nastawiony na wyczyn, na sportowe sukcesy koszykarzy, kolarzy, pływaków, hokeistów, wreszcie piłkarzy. W 1968 roku ruszyła budowa stadionu, a w zamyśle prezesa nawet kombinatu sportowego przy Bułgarskiej. Nie tylko obiekt piłkarski był w planach, także hala sportowa, basen i inne urządzenia.

W 1971 roku Lech wywalczył awans do II ligi. Już wtedy ujawnił się ogromny potencjał klubu i zapotrzebowanie na sukcesy. Ostatnie III-ligowe mecze odbywał się przy 20-tysięcznej frekwencji. Nikt nie dopuszczał myśli, że drużyna nie poradzi sobie w II lidze, ale i niewielu spodziewało się, czego ekipa prowadzona przez Edmunda Białasa potrafi dokonać. Nie przegrywała. Wygrywała u siebie i remisowała na wyjazdach, co wystarczyło, by znaleźć się w czołówce tabeli, wszak za zwycięstwo przyznawano tylko dwa punkty. No i się zaczęło. Dębiecki stadionik pękał w szwach, piłkarze niemal z dnia na dzień zostali bohaterami całego miasta.

Jesienią, zanim Lech pojechał do Bydgoszczy na ostatni mecz, fenomenalny bramkarz Andrzej Turek wpuścił tylko dwa gole (w zremisowanych spotkaniach przeciwko Startowi Łódź i ROW Rybnik). W czternastu meczach! Pojedynek z Zawiszą okazał się jedynym przegranym w rundzie jesiennej. Gospodarze lepiej czuli się na zasypanym listopadowym śniegiem boisku, zwyciężyli 2:1. Przerwa w rozgrywkach trwała aż do 26 marca. Kibice Kolejorza, a chyba liczyło się ich już w setkach tysięcy, nie mogli się doczekać walki o upragniony awans do ekstraklasy. Zespół pozyskał dwie gwiazdy: Romana Jakóbczaka i Włodzimierza Wojciechowskiego. Byli Wielkopolanami, grali w Pogoni Szczecin. Jesienią postanowili wrócić w rodzinne strony. Zrobiła się wielka awantura, Pogoń nałożyła dyskwalifikację, a jej kibice do dziś wskazują ten epizod jako początek wielkiej nienawiści do Lecha.

Pierwszy wiosenny mecz, już z nowymi zawodnikami w składzie, Lech rozgrywał w Gdyni, z tamtejszym MZKS-em, który dopiero po kilku latach zyskał obecną nazwę. Spotkanie odbyło się na nieistniejącym już, legendarnym stadionie na „Górce” przy ulicy Ejsmonda, położonym opodal plaży. Miejscowi kibice tylko dlatego zainteresowali się tym wydarzeniem, że dowiedzieli się o przyjeździe wielu fanów z Poznania. Do zawarcia międzyklubowej przyjaźni było daleko, gości z Poznania traktowało się jako wrogów, których należało unicestwić.

Oczywiście dla poznaniaków nie był to wyjazd zorganizowany, jechał kto chciał i miał taką możliwość załapując się na przykład na autokarową wycieczkę organizowaną przez zakład pracy. Jak się miało okazać, wyjechać było łatwiej niż wrócić. Do utarczek między grupami fanów dochodziło przed meczem, nasiliły się one w jego trakcie, a gdy widzowie opuszczali kameralny obiekt, miejscowi na poznaniaków uderzyli ławą. Byli zdeterminowani, by zrobić im krzywdę. Niejeden fan Kolejorz mógł o sobie powiedzieć, że spróbował sił w roli morsa. Fale Bałtyku okazywały się ostatnim względnie bezpiecznym miejscem. Zaatakowane kamieniami poznańskie autokary zamieniły się w kabriolety.

Zupełnie inny przebieg miała rywalizacja na boisku. Gospodarze starali się pokonać faworyta, bo za takiego Lech uchodził, ale nie dali rady. Przez pół godziny spotkanie było wyrównane, potem błysnął nowy nabytek Kolejorza, obdarzony potężnym uderzeniem Roman Jakóbczak. Kilka minut później padł drugi gol strzelony przez Lecha Lesiewicza. Ten nieżyjący już prawy obrońca słynął z rajdów skrzydłem i precyzyjnych dośrodkowań. Tym razem okazał się snajperem, który jeszcze w pierwszej połowie zamknął wynik meczu.

Trudno opisać euforię, jaka zapanowała w Poznaniu. Nikt nie zliczy telefonów do informacji i do redakcji sportowych poznańskich gazet z pytaniami o wynik. Wiadomo było, że najbliższy domowy mecz będzie chciało obejrzeć całe miasto. Nawet Maracana w Rio nie pomieściłaby fanów Kolejorza. Działacze Lecha wypożyczyli od Warty największy stadion w mieście, prawie wszystkie bilety rozeszły się w prowadzonej przez sekretariat klubu przedsprzedaży. W wielkanocny poranek co najmniej 50 tysięcy widzów wypełniło trybuny już dwie godziny przed spotkaniem przeciwko Uranii Ruda Śląska  (na zdjęciu - ekipa Kolejorza przed tym meczem). Lech wygrał 1:0 po filmowym golu, który wywołał euforię: w pełnym biegu dośrodkował Lesiewicz, Wojciechowski trafił głową „pod ladę”.

Ówczesną wiosnę zwykło się nazywać karnawałem Lecha Poznań. Zaczął się wyjazdowym zwycięstwem w Gdyni, zakończył awansem po pokonaniu w ostatnim spotkaniu Zawiszy Bydgoszcz. Jeśli w niedzielę Kolejorz wróci z Gdyni z punktami, warto wspomnieć o wydarzeniach sprzed prawie półwiecza i nieśmiało pomyśleć o analogii.

Józef Djaczenko