Wielka rodzina Kolejorza

włącz .

W długiej historii Lecha zdarzały się momenty trudne, nawet fatalne, gdy można było stracić resztki nadziei. Nawet w okresie trudnej walki o przetrwanie ten jeden wieczór był wyjątkowy, niepowtarzalny, rodzinny, a rodzina ta była ogromna, bo Lecha powszechnie traktowało się jako wspólne dobro i nieustającą troskę. Składając sobie życzenia mówiliśmy o zwycięstwach, ale i o czymś ważniejszym: o pojawieniu się zamożnego sponsora.

Po spadku do II ligi Lech znalazł się w sytuacji dramatycznej. Odeszli piłkarze przedstawiający sobą jakąkolwiek wartość, bo dobroczyńcy, którzy tu przyszli w czasach prosperity teraz odeszli, a zawodników, w pozyskaniu których mieli udział, wzięli ze sobą. W Lechu pozostali gracze młodzi, chcący się wypromować, zwabieni magią wielkiego Kolejorza. Grać przy Bułgarskiej ciągle było marzeniem niejednego zawodnika, nawet jeżeli profitów z tego nie było żadnych. Ekipa prowadzona przez kontrowersyjnego Austriaka Adolfa Pintera przegrywała mecz za meczem. Młodzi ludzie, którzy przejęli upadający klub i poświęcili wszystko, by go uratować uświadomili sobie, że całkiem realny jest scenariusz najgorszy z możliwych: kolejna degradacja. To już byłby koniec legendy.

Piłkarze pobierali wynagrodzenie symboliczne, ale i ono nie zawsze było na czas. Klubowa kasa świeciła pustkami. Trzeba się było ratować barterem, by pozyskać artykuły codziennej potrzeby. Zarząd czuł poparcie wielu życzliwych osób, zaangażowanie władz Poznania, ale nie było mowy o stałych przychodach, o jakimkolwiek finansowym bezpieczeństwie. Ten okres trzeba było po prostu przetrwać licząc, że wydarzy się coś, co odmieni zły los. O tym, jak ciężki był to czas, świadczy wigilia klubowa, zorganizowana w Pyra Cafe, czyli w przybudówce do klubowego budynku zwanego nastawnią.

Sposobem na przetrwanie najtrudniejszego momentu miał być kredyt bankowy. Wszystko było dopięte i uzgodnione, w ostatni roboczy dzień przed świętami wystarczyło umowę sfinalizować i odebrać kasę. Jak na zbawienie czekali na nią piłkarze zebrani w Pyra Cafe. Po rozliczeniu się z klubem chcieli zorganizować sobie święta. Wcześniej dwaj Radkowie – Majchrzak i Sołtys, czyli prezes i wiceprezes, dopinali bankowe formalności. Brakowało jakiegoś papierka, więc musieli wrócić na Bułgarską, a gdy ponownie stawili się w banku, nie zastali już dyrektora, czyli jedynej osoby upoważnionej do uruchomienia kredytu.

Zaczęły się nerwowe godziny. Prezesi, coraz bardziej zaniepokojeni, a potem zrozpaczeni, wydzwaniali do nieobecnego dyrektora. Kilkakrotnie zapewniał, że zaraz wróci, jednak kiedy głos coraz bardziej mu się załamywał prezesi uświadomili sobie, że będą problemy. Pan dyrektor upił się, ani myślał wracać do pracy. Nie pomogły błagania i zaklęcia, dzień kończył się, ostatnia nadzieja zgasła. Prezesi bezskutecznie próbowali pożyczyć pieniądze gdziekolwiek. Podczas wigilii zawodnicy dowiedzieli się, że będą mieli smutne święta i zareagowali tak, jak można się było spodziewać. Po kilku minutach w Pyra Cafe pozostali tylko goście i piłkarze, którzy za granicą zarabiali prawdziwe pieniądze, a Lecha wciąż mieli w sercu. Tacy, jak Piotrek Reiss. Atmosfera nie była radosna…

Po roku Lech okrzepł. Dzięki świetnej wiośnie utrzymał się w lidze, a jesienią stał się jednym z głównych kandydatów do awansu. Nic dziwnego, że i wigilia miała tym razem inny przebieg. Zorganizowana została w kinie „Wilda”. Było takie kiedyś, świetnie prosperowało zanim pojawiły się multipleksy, cieszyło się opinią kultowego. Też było bardzo uroczyście. Niespodzianką dla gości był film zmontowany przez redaktora Mariusza Wróblewskiego z Canal+ przedstawiający co ciekawsze scenki z meczów Lecha. Nie brakowało bramek, ale i kunsztownych upadków w polu karnym Artura Bugaja, ówczesnego napastnika Lecha.

Po roku wigilia klubu już ekstraklasowego odbyła się w Teatrze Nowym. Dyrektorem technicznym był tam Zbigniew Theus, osoba bardzo klubowi sprzyjająca, odwieczny kibic Kolejorza. Aktorzy tego teatru akurat nagrali płytę z kolędami. Dyrektor Theus zaproponował osobną edycję na użytek Lecha. Kibic z Wrześni, Jarek Czyż w błyskawicznym tempie wykonał projekt okładki, w ten sposób klub miał dla wigilijnych gości nie byle jaki prezent.

Prawdopodobnie wszyscy, którzy tę płytę wtedy otrzymali, słuchają jej do dziś, wracają do niej co rok wspominając tamte trudne do przeżycia, ale pamiętne lata. Było biednie, ale swojsko. To była wartość wspólna, a więc autentyczna, nieporównywalna do sztucznych korporacyjnych tworów. Jeżeli słowa „klub rodzinny” coś znaczą, to Lech był właśnie nim, przy czym rodziną czuły się setki tysięcy Wielkopolan. Każdy chciał być jak najbliżej Kolejorza, ogrzać się w blasku jego popularności, wielu czuło się w obowiązku pomagać mu w przetrwaniu najtrudniejszych czasów, lub choćby okazać wsparcie. Niestety, czas takich klubów dobiegał końca.

Po roku wigilia wróciła do kina „Wilda”, kolejne organizowano w którejś ze współpracujących z klubem restauracji albo w „Kinepolis”. Za każdym razem goście dzielili się opłatkiem, nie mogło zabraknąć kilku słów od kapelana Lecha, księdza Jacka Markowskiego. Do historii przeszły jego życzenia wygłoszone w „Kinepolis” w czasie, gdy z Lechem było już bardzo źle, kończyły się możliwości finansowania klubu, długi narastały, kolejni potencjalni sponsorzy lub inwestorzy okazywali się złudą, a przyszłość jawiła się w smutnych barwach. Ksiądz Jacek życzył klubowi, żeby i do niego przyszli Trzej Królowie, przynieśli dary, w tym ten najbardziej potrzebny. Nie chodziło mu o mirrę i kadzidło…

Józef Djaczenko