Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Ustawa pod dyktando policji

włącz .

Wielkie nadzieje w nowelizacji ustawy o imprezach masowych pokładali organizatorzy meczów i kibice. Niestety, najwięcej do powiedzenia w sprawie kształtu zmienionych przepisów miały policja i resort spraw wewnętrznych. Efekt – bubel prawny, który zacznie obowiązywać od nowego roku. Teraz restrykcje mogą objąć nawet pasażerów autobusów zmierzających w kierunku stadionów.

Nie wszystko, co znalazło się w noweli, jest złe. Niektóre zapisy zostały przez kluby i PZPN określone jako celowe. Nie udało się pójść za przykładem krajów, które wprowadzenie karty kibica potraktowały jako eksperyment nieudany. Karty zostają, ale nie trzeba będzie na nich umieszczać wizerunku. Przetrwały natomiast wszystkie dane wrażliwe. Na polskich stadionach mieliśmy zbiorowe łamanie prawa, bo ulgowo traktowani byli kibice drużyn zagranicznych. Polskie przepisy w praktyce ich nie dotyczyły, teraz ich nie będą dotyczyły formalnie. Lepiej późno darować sobie fikcję niż wcale.

Projektując nowe stadiony trzeba teraz będzie brać pod uwagę uwagi nie tylko policji i strażaków, ale i związków sportowych, klubów, by uwzględnić udogodnienia dla kibiców, stacji telewizyjnych. Nikt już nie zbuduje stadionu na dużą imprezę, który potem trzeba przerabiać, by można tu było organizować także mecze ligowe. Wydaje się, że budowa stadionu bez konsultacji z przyszłym użytkownikiem to absurd i że oczywistości nie trzeba prawnie sankcjonować. Życie pokazuje, że urzędników stać na wszystko.

Imprezę masową trzeba było zgłaszać z 30-dniowym wyprzedzeniem, co uniemożliwiało organizację ważnych meczów, zmuszało do łamania przepisów, bo po losowaniu rozgrywek pucharowych nigdy nie wystarczało czasu na dopełnienie formalności. Teraz w przypadkach szczególnych można zmniejszać ten okres do 14 dni. Składając zaświadczenia i inne pisma nie trzeba już posługiwać się oryginałowi. Sejm wreszcie dostrzegł istnienie poczty elektronicznej.

Na stadionach zostaną wyznaczone miejsca stojące. Ustawodawca nie podaje jeszcze ich liczby, prawdopodobnie zostanie to zapisane w rozporządzeniu. Miejsca takie trzeba będzie na planie specjalnie oznaczyć, by nikt nie miał wątpliwości, że wstając w trakcie meczu naraża się na represje z ograniczeniem wolności, grzywną i kilkuletnim zakazem stadionowym włącznie. Jak to będzie wyglądać w Poznaniu? Jeżeli potwierdzi się, że miejsc stojących może być 20 procent, oznaczony zostanie cały Kocioł, gdzie zresztą i tak nigdy nikt nie siedzi. Jeżeli policja stwierdzi, że 20 procent to za dużo, wystarczy 10, to część kibiców z Kotła nadal będzie stać nielegalnie.

Zmienia się liczba służb porządkowych na przy imprezie podwyższonego ryzyka, co kluby przyjęły z zadowoleniem, bo mniej zapłacą za ochronę. Nie trzeba będzie przechowywać przez 60 dni nagrań z monitoringu. W Poznaniu i tak się rzadko się z nich korzystało, przecież o wiele wygodniej jest zamknąć dla publiczności cały stadion niż szukać sprawców wykroczeń. Teraz wystarczy nagrania te przechowywać przez 30 dni.

Ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych będzie obejmować nie tylko stadion i przyległości, ale środki transportu zbiorowego. Ustawodawca miał na myśli autokary wiozące fanów na mecze, ale pod przepisy można podciągnąć choćby i tramwaje skierowane przez Zarząd Transportu Miejskiego w okolice stadionu. A jeśli chodzi o autokar, to kierowcy, nawet jeżeli nigdy nie był i nie chce być na meczu, grożą surowe sankcje w postaci co najmniej 2 tysięcy zł grzywny, ograniczenia wolności, zakazu stadionowego - jeżeli  wiezie gaśnicę. Podpada ona, zdaniem prawników, pod artykuły niebezpieczne, a takich w autokarze z kibicami być nie powinno. Nie wiemy, czy policja wyrazi zgodę, by posłowie usunęli te idiotyczne zapisy.

Organem pomocniczym wojewody będzie wojewódzki zespół interdyscyplinarny do spraw imprez masowych. W Poznaniu organ taki nieformalnie istnieje, wojewoda wygłasza na nim żale pod adresem kibiców, piętnuje przestępstwa zagrażające życiu widzów. Ciała takie mają się składać z przedstawicieli wojewody, samorządu, policji, straży pożarnej. Zapraszany będzie przedstawiciel klubu lub związku sportowego. W ten sposób ustawodawca powołał sądy kapturowe mogące zrobić dosłownie wszystko. Problem w tym, że w składzie znajdą się osoby bez pojęcia o tematyce, którą się zajmują, czasami nie znoszące sportu, uwikłane w polityczne rozgrywki, spory kompetencyjne.

Ustawodawca zmusił wszystkie kluby trzech najwyższych lig do stosowania identyfikacji kibiców. O ile w ekstraklasie i kilku klubach I ligi nie ma już z tym problemów, to łatwo sobie wyobrazić, co przeżywają biedne kluby z II ligi. Dziś nawet nie wiedzą, co to są centralne, kompatybilne ze sobą systemy. Trzeba na nie poświęcić setki tysięcy zł, bo państwowe służby wpadły na genialny pomysł zapewnienia bezpieczeństwa na ich obiektach, na których pokazuje się po kilkaset, często wszystkim dobrze znanych osób.

Osoba w żółtej kamizelce będzie na stadionie panem życia lub śmierci. Jeżeli wpadnie na pomysł złożenia do policji donosu na kibica, marny jego los. Nie pomoże żadne tłumaczenie, zbędny będzie jakikolwiek świadek. Dziś jeszcze przepis głosi, że kto nie posłucha poleceń służby porządkowej, podlega sankcjom. Teraz przepis zmienił brzmienie: kto nie posłucha poleceń i wezwań… Jeżeli steward wezwie kibica do zajęcia miejsca, a ten nie usłyszy, marny jego los.

Istniejący już zapis ma chronić stewardów przed naruszeniem nietykalności cielesnej. Dochodzi nowy – chroniący go przed znieważeniem. To znakomite pole do nadużyć. Porządkowy, któremu nie podoba się kibic, może na niego nasłać policję. Nikt nie da wiary, że stewardowi coś się uroiło, albo że ma zły dzień, lub chce pogrążyć faceta swej byłej dziewczyny. Jeżeli będzie miał taki kaprys, wsadzi delikwenta, z pomocą funkcjonariuszy policji, na rok do więzienia. Doświadczenie uczy, komu „niezawisłe” sądy zawsze dają wiarę.

Podczas prac nad nowelizacją osoby zajmujące się imprezami masowymi zostały poproszone o propozycje zmian. Kluby w ogromnej większości mówiły jednym głosem, na tej podstawie powstał dokument opracowany i dostarczony komisji sejmowej przez PZPN. Poseł Ireneusz Raś, prominentny członek komisji, przedstawiał się jako rzecznik rozsądnych, idących z duchem czasu zmian.

Jak to się skończyło? Komisja sejmowa przesłała otrzymane opracowanie do Komendy Głównej Policji i do Departamentu Analiz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tam propozycje klubów i PZPN przeszły obróbkę, większość została odrzucona, w ich miejsce wprowadzono inne zapisy. Dokument wrócił do Sejmu. Niezwykle rzadko się zdarza, by posłuszni swym partyjnym liderom posłowie negowali uwagi ministerstwa i policji, nawet jeżeli mają świadomość, że uchwalają głupoty..