Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kłopotliwy patriotyzm

włącz .

Spektakl w Teatrze Nowym, a w głównej roli… Lech Poznań. Autor, Wojciech Kuczok pochodzi ze Śląska, kibicuje Ruchowi Chorzów, ale sztukę „Ambona ludu” napisał specjalnie dla poznańskiego teatru. Traktuje ona o współczesnym patriotyzmie, w tym kontekście o środowisku kibiców. Nie brakuje odniesień do innych zjawisk współczesnej Polski. O spektaklu, Lechu, roli Uszola w tworzeniu przedstawienia opowiadają Piotr Kruszczyński, reżyser i dyrektor Teatru Nowego i Marcin Kalisz, odtwórca roli Gniazdowego.

Skąd pomysł pogodzenia teatru z futbolem, kibicowaniem?

Piotr Kruszczyński: W moim pokoleniu, chłopaków urodzonych w latach 60., piłka była świętością. Wyrastałem na największych sukcesach drużyny Kazimierza Górskiego, potem Antoniego Piechniczka. Pierwszy raz w życiu na meczu byłem z dziadkiem na Stadionie im. 22 Lipca, gdzie słynna kadra Górskiego pokonała drużynę USA 7:0. W tym meczu bramki strzelali Lato, Deyna, Szarmach, grał też Roman Jakóbczak z Kolejorza, na bramce stał Jan Karwecki, inny Lechita. A ja to wszystko chłonąłem, bo tych samych piłkarzy rok wcześniej, jako dzieciak, oglądałem w telewizji podczas mistrzostw świata. Potem zacząłem chodzić na Bułgarską i załapałem się na złotą erę Wojciecha Łazarka.

 

Jest pan kibicem Lecha?

Piotr Kruszczyński: Oczywiście! Kiedy graliśmy na podwórku w piłkę kłóciliśmy się, kto jest Niewiadomskim, kto Okońskim, a kto Bąkiem. A kiedy Damian Łukasik przy Bułgarskiej w karnych z Barceloną trafił w poprzeczkę – tak jak inni miałem łzy w oczach. To były wielkie wspólnotowe przeżycia dzieciństwa. Chodzę na mecze do dziś, ale ostatnio rzadziej. Niepokoi mnie, że nienawiść, która na stadionach była zawsze rodzajem gry, konwencji wynikającej z lokalnego patriotyzmu i przynależności do barw, zaczyna być wykorzystywana politycznie i staje się realnym zagrożeniem.

 

Trudno tu mieszkać i mieć obojętny stosunek do Lecha, klubu utożsamianego z całym regionem, będącym jego marką.

Piotr Kruszczyński: To jest tak samo rozpoznawalna w Poznaniu marka, jak Teatr Nowy (śmiech). To prawda, że wszyscy Lecha znają, że większość ludzi szanuje klub i jego tradycję. Nie każde miasto ma klub, z którym się identyfikuje, szczyci się nim. Zresztą frekwencja stadionowa, gdy Lech gra przyzwoicie, zawsze jest jedną z najwyższych w Polsce. Zauważam jednak w moim środowisku – ludzi szanujących Lecha i piłkę nożną – rezygnację z chodzenia na stadion. Trzeba to traktować jako negatywny znak czasu.

 

Także moi znajomi przestają chodzić na mecze, a powodem jest sytuacja w klubie. Kilkanaście lat temu, gdy Lech był w poważnych tarapatach, mnóstwo osób angażowało się w ratowanie wspólnej wartość. Potem klub stał się korporacją, trudno się z nią utożsamiać. Z barwami, tradycją, herbem – tak. Ze spółką zarządzaną w określony sposób – nie.

Piotr Kruszczyński: Na potwierdzenie tej tezy dam przykład mojego dziadka, Kajetana Kruszczyńskiego. Był studentem medycyny i lekkoatletą Warty Poznań, klubu działającego przed wojną jako stowarzyszenie. Ludzie uprawiający sport byli wtedy jednocześnie i członkami klubu, i jego kibicami. Pasjonowali się nim i w stu procentach decydowali o jego losach. Kiedy od lat 70. telewizja przyczyniła się do komercjalizacji i sport stał się potężnym biznesem, kluby zaczęły wychodzić spod kurateli tych, co czuli się z nimi związani. Tego procesu niestety w żaden sposób już nie zahamujemy. Często kibice nadal twierdzą, że do nich należy klub, że piłkarze mają ich słuchać, ale przecież nie od kibiców zawodnicy dziś są zależni.

 

Jednak są, bo bez klientów nie może funkcjonować żadna firma.

Piotr Kruszczyński: Jasne, podobnie jest z teatrem. Ale w teatrze widzowie po spektaklu nie opieprzają publicznie aktorów za jakość gry (śmiech). Rolą teatru jest kształtowanie postaw i gustu publiczności, wsłuchiwanie się w głos widowni i dialog z nią. Na stadionie niestety tego nie widzę. Nie ma na przykład zdecydowanej reakcji na zachowania przekraczające pewne normy.

 

O takich właśnie kontrowersjach traktuje „Ambona ludu”, sztuka Wojciecha Kuczoka.

Piotr Kruszczyński: Zaprosiłem Wojtka do współpracy wiedząc o jego kibicowskiej pasji. Przeczytałem kilkanaście jego felietonów piłkarskich i uznałem, że to najbardziej fachowy człowiek, który może naszą „kibolską sztukę” napisać.

 

Powstawała z myślą o Poznaniu, o Lechu? Najpierw zaistniała w Sopocie.

Piotr Kruszczyński: Od początku chcieliśmy, by „Ambona ludu” była lokalna, nasza – poznańska. Ale właśnie w Sopocie co rok odbywają się warsztaty dramaturgiczne, na które przyjeżdżają grupy teatralne z całej Polski i tworzą spektakle na bazie autentycznych historii. Stąd nazwa – „Sopot Non-Fiction”. Pojechaliśmy tam, żeby rozpoznać środowisko kibicowskie na przykładzie Trójmiasta. Tamtejszy konflikt między lokalnymi klubami, którego w Poznaniu nie ma, stwarzał szersze pole do obserwacji. Na stadionach Arki i Lechii aktorzy mogli przyjrzeć się zachowaniom ultrasów i chuliganów. Później, w indywidualnych rozmowach okazywało się, że są to ludzie kompletnie inni, niż kiedy są w tłumie. Pojedynczo nie głoszą na przykład haseł rasistowskich, nie mieści się to w ich światopoglądzie. W grupie natomiast nawołują do nienawiści. Dla aktorów nie obeznanych ze środowiskiem był to zaskakujący kontrast, dla mnie - nie. Od pewnego czasu z politowaniem patrzę na kibiców wycofujących się przed sądem z hejterskich okrzyków i haseł, które głosili na stadionie. Żaden z ich idoli, takich jak na przykład żołnierze wyklęci, nigdy nie wyrzekłby się swojej ideologii. To tylko jeden z paradoksów związanych z radykalnym środowiskiem stadionowym, o których mówimy w spektaklu. Można powiedzieć, że w efekcie naszych kibicowskich obserwacji i doświadczeń, Wojciech Kuczok napisał ważny tekst o Polsce i polskim patriotyzmie.

 

Spektakl wzbudził duże zainteresowanie, ale dyskusja poszła w niespodziewanym kierunku. W recenzjach mało się pisze o patriotyzmie, więcej o największym pańskim błędzie – nie sprawdzeniu tatuażów Uszola, czyli Rafała Dąbrowskiego, znanego kibica Lecha, służącego radą podczas tworzenia postaci Gniazdowego.

Piotr Kruszczyński: Oglądanie męskich ciał nie jest moją największą życiową pasją (śmiech). Nie zamierzam weryfikować widzów teatralnych pod kątem wyglądu. Teatr jest miejscem otwartym. Więcej na temat tatuaży może powiedzieć Marcin, który był na treningu z Uszolem.

Marcin Kalisz: To może błąd, że nie poprosiłem Rafała, żeby odsłonił wszystkie swoje tatuaże zanim zaczniemy rozmawiać (śmiech). Andrzej Hamerski, kierownik marketingu z Teatru Nowego, jako zapalony kibic Lecha był pierwszym moim cennym źródłem informacji na temat klubu. On też zapytał, czy nie ciekawi mnie postać byłego przywódcy kibiców, pod kątem roli „Gniazdowego”, którą tu przygotowuję. Oczywiście, że mnie zaciekawiła! Głównie dlatego, że „Gniazdowy” to właśnie stadionowy lider.

Nie stworzyliśmy spektaklu mega realistycznego, dokumentalnego, gdzie wypadałoby z precyzją i skrupulatnie odwzorować realnie istniejących ludzi. Według mnie jest to przedstawienie, które pokazuje ludzi bardziej przez symbole, czasem nawet karykaturę. Po to, aby przekaz był bardziej ogólny. Mamy typ-symbol aktorki „diwy”, polityka – „urzędasa”, młodego aktora – frustrata, który chce zaistnieć za wszelką cenę. O kibicach też opowiadamy tu używając pewnej kliszy, grubej kreski, ale myślę, że trafnie. Więc legenda o tym, że aktor, aby stworzyć np. rolę hutnika musi niczym Robert de Niro w „Łowcach jeleni” zatrudnić się na miesiąc w hucie stali, nie bardzo mi się tu przydała. Z Rafałem „Uszolem” Dąbrowskim spotkałem się głównie z aktorskiej, ale też i prywatnej ciekawości.

 

Nawet nie pochodząc z Poznania musiał pan wiedzieć, że w latach 90. był on symbolem kibicowania szczególnego, nie stroniącego od przemocy. Przestał pokazywać się na stadionie, ale kiedy niedawno przypomniał o sobie, wzbudził wielkie zainteresowanie nie tylko tych, co pamiętają tamte czasy. Jak to traktować? Jako specyficzny rodzaj sentymentu?

Piotr Kruszczyński: Może raczej jako element legendy klubowej. Chciałbym się jeszcze odwołać do symboli. Rozmawiamy o tatuażach, o tym, że Uszol ma takie, a aktorzy w spektaklu – inne. Teatr musi się powoływać na pewną umowność, która jest jego siłą. Dyskusja o tym, czy kibic powinien mieć wytatuowanego powstańca wielkopolskiego, czy warszawskiego, może mieć znaczenie w filmie, gdzie następuje zbliżenie na detal, a na scenie kotwica powstańcza jest po prostu lepiej widoczna i rozpoznawalna. Poza tym, kiedy pojedziemy ze spektaklem do innego miasta, nikt tej kotwicy nie zakwestionuje.

 

Czy kontakt z Uszolem pomógł stworzyć postać Gniazdowego?

Marcin Kalisz:  Oczywiście, dzięki temu uściśliłem pewne moje wyobrażenia o świecie kibicowskim – kibolskim. Jedną z takich rzeczy jest sama ksywa „Gniazdowy”, którą nosi moja postać. Kiedy powiedziałem o tym Rafałowi, spytał: a kto to jest. W jego czasach takie pseudo nie istniało. Natomiast mnie najbardziej ciekawił gość, który na „kibicowanie” patrzy z perspektywy 20 lat przerwy. Bo jak sam mówi, to dla niego odległa przeszłość. Tutaj istnieje zbieżność, bo mój bohater w spektaklu tym się różni od roli drugiego kibica, którego gra Filip Frątczak, że już się w to „nie bawi”. Chciałem w takim razie wiedzieć, co to kibicowanie dla niegdysiejszego „Uszola” teraz znaczy. Jak to jeszcze w nim żyje, jaką ma barwę. Spotkałem faceta, dwa metry wzrostu, który na hasło „Lech Poznań – lata ‘90” dostaje kopa adrenaliny, błysk w oku i mówi jeszcze głośniej niż zazwyczaj, choć i tak mówi donośnie. Innymi słowy – sentyment ogromny, kult siły, jakiegoś szaleństwa i hasła w stylu „Lech był całym moim życiem!”. Chociaż ja sam nie miałem nigdy takiej zajawki na punkcie żadnego zespołu, czy klubu sportowego, to ta „szajba” Rafała była bardzo dla mnie, aktora, inspirująca i nawet zaraźliwa! A skoro przy okazji premiery wypłynął temat walk i ustawek kikolskich, to mogę tyle powiedzieć, że ja nie czuję związku między jakąkolwiek rozgrywką sportową, a tego rodzaju „kibicowaniem”. Dla mnie nap…lanie się i łamanie sobie kończyn w imię „honoru” jakiegokolwiek klubu sportowego nie ma sensu. Może uważam tak, bo kibicowałem tylko koszykarzom z Zeptera Śląsk Wrocław – kiedyś. I nie czuję bluesa.

 

Nie wykorzystał więc pan zawodowo tej znajomości?

Marcin Kalisz: Wykorzystałem, ale nie po to żeby dowiedzieć się jak być fanatykiem, bo tego chyba nie musimy się od nikogo uczyć. Każdy z nas ma większe lub mniejsze predyspozycje do tego – niestety – i to jest mega niebezpieczne, wystarczy się rozejrzeć, co się dzieje dzisiaj dookoła. Ciekawił mnie „Uszol” jako konkretny człowiek – co się z nim dzieje, co dla niego znaczą te dawne czasy. Okazał się chętny do opowiadania. Dowiedziałem się, że trenuje i bierze udział w walkach MMA. Zgodził się, żebym przyszedł na jego trening. Trochę się przyuczyłem na potrzeby spektaklu.

 

Musiał pan słyszeć o poznańskiej specyfice – o utożsamianiu się całego miasta z klubem piłkarskim.

Marcin Kalisz: Tak, ale to nie tylko tu występuje.

 

Tu jest to bardzo widoczne. Nie ma tego w miastach, gdzie widać rywalizację lokalnych klubów, czyli w Krakowie, Łodzi, Trójmieście.

Marcin Kalisz: Zdaję sobie z tego sprawę, zresztą o tym w kilku zdaniach opowiadamy. Jeśli pyta mnie pan o przygotowania do tej roli, to ważne było nie to, że jest coś takiego, jak miłość do Lecha, miłość do Cracovii i nienawiść do Wisły, bo to rzecz ogólna i znana. Mnie interesuje jeden facet i to, czego on chce na scenie, a nie ogólne zjawiska, istotne dla autora, dla reżysera. Z Rafałem spotkałem się, bo miałem okazję trochę „zażyć” takiego człowieka i zainspirować się.

Piotr Kruszczyński: Aktor odpowiada za swoją postać. Marcin dobrze wie, że niepotrzebna jest mu wiedza o ogólnej wymowie spektaklu. To może wręcz przeszkadzać, bo chce się zagrać za dużo tematów, co często oznacza: fałszywie.

 

W tym przedstawieniu tematów akurat nie brakuje. Zaczyna się i kończy pieśnią, ale każda jest inna. Najpierw jest pieśń kibiców Lecha, tu nazwana hymnem, choć to nie hymn.

Piotr Kruszczyński: Wiem, ale znów powołam się na umowność teatru, która pozwala powiedzieć „do hymnu!”, mimo iż to jest pieśń stadionowa. „W grodzie Przemysława” jest zresztą teraz bardzo popularna przy Bułgarskiej, może nawet konkurencyjna dla „Ludzi tłum przez miasto gna”, którą już jako dzieciak znałem na pamięć. Nasz kompozytor stwierdził, że melodię „W grodzie Przemysława” lepiej się interpretuje wokalnie niż temat „Yellow Submarine” z hymnu Lecha, łatwiej uda się ją teatralnie rozpisać na głosy i uszlachetnić, na czym szczególnie nam zależało.

 

A jak spiąć obie melodie, tę z początku i z zakończenia spektaklu?

Piotr Kruszczyński: Obie wykonuje przedstawiciel najmłodszego pokolenia. Może trzeba przyjrzeć się temu, jaki rodzaj pieśni mają teraz do zaproponowania młodym ludziom przywódcy radykalnych ugrupowań politycznych? Ktoś kiedyś powiedział, że jest granica, za którą patriotyzm przestaje być cnotą. Wojciech Kuczok cytuje zresztą tę sentencję w „Ambonie ludu”.

 

Ciekawe, jak autor podszedłby do tematu, gdyby sztukę pisał w ostatnich tygodniach, gdy podziały polityczne, światopoglądowe zaczęły przybierać tak dużą postać.

Marcin Kalisz: Mieliśmy fart, bo spektakl powstawał na bieżąco, można było improwizować.

Piotr Kruszczyński: Ale rzeczywiście, ta największa zadyma sejmowa dopiero miała się zacząć. Podczas wieczornej próby generalnej obserwowaliśmy na tabletach przebieg wydarzeń. W przedstawieniu dosłownie do tego się nie odwołujemy, myślę zresztą, że spektakl nie musi tego robić. Wystarczy, że wywoła pewne skojarzenia i refleksje.

Marcin Kalisz: Gdyby ktoś spytał, czy zrobiliśmy spektakl dokumentalny, czy jednak symboliczny, odpowiedziałbym, że bardziej gram w tym drugim.

 

Niezależnie od tego, jak dziś ocenia się kibiców, pewne jest jedno: gdyby nie oni, Lecha już by nie było. Nie byłoby więc pewnie i tego spektaklu, przynajmniej w Poznaniu. W trudnych czasach utożsamiało się z nim mnóstwo osób, ale na stadionie nikt nie angażował się politycznie. Liczył się tylko Lech.

Piotr Kruszczyński: Nadawanie barw politycznych kibicowaniu to w moim przekonaniu wykorzystywanie społecznej naiwności. Dla mnie cenniejszy jest lokalny patriotyzm, ale ten szlachetny, a nie przekuty w jakąś ideologię, czy poparcie wyborcze.

 

Gdy zaczynałem chodzić na mecze, Lech był ostoją lokalnego patriotyzmu, obroną przed zawłaszczającą wszystko Warszawą. Stołeczna Legia, pieszczoch władz, bez skrępowania podbierała z innych klubów dobrych piłkarzy w wieku poborowym. Lech oznaczał lokalność, wolność, a Legia symbolizowała państwowy centralizm. Teraz inne tendencje biorą górę, choć jeszcze kilkanaście lat temu wszystkich jednoczyła miłość do Lecha.

Maciej Kalisz: W sierpniu pierwszy raz w życiu byłem na meczu piłki nożnej. Największe wrażenie wywarło na mnie to, że kiedy na boisku trwa mecz – czyli widowisko, na trybunach odbywa się równoległe widowisko, kompletnie inne i oba w ogóle nie są sobą zainteresowane. Pytałem o to „Uszola” – dlaczego kibice nie dopingują – faktycznie – by jedna drużyna wygrała, a druga przegrała, tak jak na przykład jest w siatkówce, tylko dobudowują do meczu dodatkową historię, w ogóle nie związaną z piłką.

Piotr Kruszczyński: Słynne już w Europie „Let’s all do the Poznań”, czyli odwracanie się grupy najbardziej zaangażowanych kiboli od boiska, jest symbolem tego, że żyją oni we własnym świecie odległym od sportowych emocji. Jest to jakaś potrzeba wyeksponowania samych siebie, pokazania: „patrzcie, jesteśmy ważniejsi niż sam mecz”. Pytanie, z czego to wynika. Może warto o tym pogadać po naszym spektaklu z ludźmi zaangażowanymi w tworzenie opraw?

Marcin Kalisz: Jak dla mnie to chodzi tu o odlot, rodzaj haju. O poczucie siły w grupie. To na pewno bardzo wciąga, może nawet uzależnia. To może być pozytywne, ale do tego, żeby było mega niebezpieczne granica jest cienka.

Piotr Kruszczyński: Testosteronw powietrzu, poczucie plemiennej wspólnoty. Spektakl też może wyzwalać takie emocje, do tego twarzą w stronę sceny, i to jest w teatrze najfajniejsze.

 

Emocje są wielorakie, bo mamy wątek miłości, aktorstwa, niesamowitą postać reżysera, który pojawia się w końcówce i przedstawia nietuzinkowe pomysły artystyczne, a wszystko to na tle patriotyzmu.

Piotr Kruszczyński: W naszym spektaklu kibole konfrontują się z artystami, warto zobaczyć co z tej „teatralnej ustawki” wynika dla jednych i dla drugich. Jednym z głównych tematów tej konfrontacji jest patriotyzm. Niestety patriotyzmów mamy teraz w Polsce co najmniej kilka i zaczynają się one ze sobą coraz boleśniej ścierać.

Rozmawiał Józef Djaczenko

Na zdjeciach: Piotr Kruszczyński podczas próby. Marcin Kalisz w trakcie spektaklu. Marcin Kalisz i Filip Frątczak podczas spektaklu. Autor: Jakub Wittchen / Teatr Nowy z Poznaniu.

Spektakl „Ambona ludu” można obejrzeć na Dużej Scenie Teatru Nowego 7 (sobota), 8 (niedziela), 10 (wtorek) stycznia. Grany będzie też w lutym – 14, 15, 18, 19. Potem – w marcu, kwietniu i maju. Bilety można kupić (i znaleźć wszystkie informacje) na stronie www.teatrnowy.pl lub w kasie teatru.