Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kolejorz wygrał w Łodzi

włącz .

Świetna gra w pierwszej połowie wystarczyła Lechowi do odniesienia pierwszego ligowego zwycięstwa od grudnia. Pokonał 2:1 beniaminka z Łodzi. Pokazał się jako drużyna o dwóch obliczach. W drugiej połowie gasł z minuty na minutę, desperacko walczył o utrzymanie prowadzenia. Na szczęście skutecznie.

Wołodymyr Kostewycz jednak nie wydobrzał, nie mógł zagrać w Łodzi. W tej sytuacji na lewej obronie pojawił się Tymoteusz Puchacz. I nie osłabił swej drużyny, wprost przeciwnie. Poza nim w składzie znalazło się dwóch jeszcze młodych graczy – Jóźwiak i Gumny. Trener wpuścił na boisko Tibę, Jevticia, Amarala, Gytkjaera – graczy o umiejętnościach nie byle jakich. Pokazali je szybko, co jednak nie dotyczy Duńczyka, który, delikatnie mówiąc, nie błyszczał.

Znakomity początek meczu. Lech rozpoczął grę od środka nie pozwalając ŁKS-owi na przejęcie piłki. Krążyła ona między obrońcami i pomocnikami, aż na podanie na skrzydło do Puchacza zdecydował się Crnomarkowić. Szybki bieg młodego zawodnika, minięcie obrońcy, mocny strzał, niestety tylko w boczną siatkę. Na chwilę do głosu doszli gospodarze, ale potem Lech zadał szybki cios.

To był kontratak z udziałem kilku graczy Lecha, którzy zgubili defensywę ŁKS-u. Jevtić zagrał na prawą stronę do Amarala, który mógł podawać do samotnego w polu karnym Gytkjaera, ale zdecydował się na strzał. I Kolejorz objął prowadzenie. Były wątpliwości, czy Portugalczyk nie spalił, ale gol został uznany. Lech po uzyskaniu prowadzenia nie zmienił sposobu gry. Kontrolował wydarzenia na boisku, nie pozwalał gospodarzom na rozwinięcie skrzydeł.

Z czasem jednak ŁKS otrząsnął się z przewagi dojrzalszego Lecha i udało mu się skonstruować kilka niebezpiecznych akcji, głównie prawą stroną. Van der Hart nie musiał interweniować, bo strzały były bardzo niecelne. Natomiast goście raz po raz stwarzali zagrożenie po drugiej stronie boiska. Wydaje się, że Kolejorz poczuł się zbyt pewnie i szybko to się zemściło. Nonszalanckie zagranie van der Harta do obrońców przejęli gospodarze, szybko rozegrali, a świetnym, precyzyjnym strzałem, po którym bramkarz Lecha nie sięgnął piłki, popisał się Ramirez. Mieliśmy remis.

Hiszpan, czołowy piłkarz ŁKS-u, staje się gwiazdą ekstraklasy. Natomiast gwiazdą Lecha jest Jevtić. Dzięki niemu Kolejorz błyskawicznie odzyskał prowadzenie. Stojący przed polem karnym Szwajcar oddał fantastyczny strzał, bez przyjęcia, mocno podkręcając piłkę. Wpadła do bramki tuż przy słupku. To był gol, o którym się mówi "stadiony świata". Nie ma się co dziwić, że Darko utonął w objęciach kolegów z boiska i rezerwowych Kolejorza.

Zrobił się bardzo ładny, emocjonujący mecz. ŁKS nie rezygnował, ale Lech raz po raz wyprowadzał świetne ataki. Błyskotliwa akcja Jevticia, po chwili równie dobrą odpowiedział Ramirez. Bardzo dobrze grali Tiba i Amaral. W doliczonym do pierwszej połowy czasie przeprowadzili błyskawiczną akcję jeszcze raz gubiąc obronę. Tiba wyprowadził Amarala na pozycję sam na sam i gdyby nie desperacka obrona bramkarza, Lech schodziłby do szatni z przewagą dwóch bramek.

Drugą połowę ŁKS zaczął z większym animuszem i pewnością siebie, dłużej utrzymywał się przy piłce, ale to Lech miał kolejne okazje bramkowe. Po prostopadłym podaniu Jóźwiaka Gytkjaerowi nie udało się oszukać bramkarza, a kolejny świetny strzał Jevticia w ostatniej chwili zablokował obrońca. Trwała zażarta walka, mnożyły się faule, po których sędzia Stefański żółtymi kartkami karał tylko Lecha. Dla graczy ŁKS-u, po identycznych przewinieniach, był łaskawy.

Przegrywający gospodarze coraz bardziej podkręcali tempo. Z czasem zaczęli nacierać desperacko, zamykać Lecha w polu karnym. Mnożyły się groźne akcje. Obrońcy wybijali piłkę sprzed linii bramkowej. Niestety, nie podawali tak, jak do tej pory, czyli celnie, z możliwością wyprowadzenia kontry, ale wybijali byle dalej, napędzając w ten sposób kolejne akcje przeciwnika. Na boisku tworzyły się wolne przestrzenie, które można było wykorzystać, gdyby Lech nadal tworzył przemyślane akcje. Takich już nie było. Dopiero 20 minut przed końcem trener wprowadził pierwszego rezerwowego – dobrze grającego Amarala zastąpił Marchwiński.

Im bliżej było do 90 minuty, tym bardziej schodziło z Lecha powietrze. W pierwszej połowie, tak jak w poprzednich meczach, widać było ruch na boisku, zawodnicy szukali gry, stwarzali kolegom możliwości rozegrania akcji. Teraz chowali się, nie przejawiali ochoty do walki, w dodatku niecelnie podawali. Nie pomogło wprowadzenie Tomczyka w miejsce niewyraźnego tego dnia Gytkjaera. Ostatnie minuty to już była gra na utrzymane prowadzenia. Godny odnotowania jest tylko występ młodego Modera, kolejnego wychowanka Kolejorza.

ŁKS Łódź – Lech Poznań 1:2

Bramki: Dani Ramirez 32 – João Amaral 4, Darko Jevtić 34.

Żółte kartki: Wolski, Bogusz, Ricardo Guima - Tiba, Amaral, Muhar, Marchwiński.

ŁKS: Michał Kołba, Artur Bogusz, Maksymilian Rozwandowicz, Jan Sobociński, Adrian Klimczak (46 Jan Grzesik), Dani Ramirez. Łukasz Piątek, Barłomiej Kalinkowski (46 Ricardo Guima), Maciej Wolski (61 Wojciech Łuczak), Pirulo, Rafał Kujawa.

Lech: Mickey van der Hart, Robert Gumny, Thomas Rigne, Djordje Crnomarkovć,  Tymoteusz Puchacz, João Amaral (73 Filip Marchwiński), Karlo Muhar, Pedro Tiba, Darko Jevtić (85 Jakub Moder), Kamil Jóźwiak, Christian Gytkjaer (81 Paweł Tomczyk).