Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Na czym polega misja?

włącz .

Triumf Liverpoolu ucieszył mnóstwo ludzi na całym świecie, także w Polsce. Ten klub ma w sobie magię przyciągającą ludzi. Nie każdemu jest ona dana, nie kupi się jej za żadne skarby. By ją wypracować potrzeba było pokoleń, wielu fantastycznych, porywających meczów, kibicowskiej otoczki, atmosfery na stadionie.

Tylko cząstka tych, co pasjonują się wynikami i stylem gry Liverpoolu może zasiąść na trybunach Anfield. Z Lechem jest tak samo, a jednak inaczej. Nieustająco cieszy się zainteresowaniem, ale tylko garstka ludzi chce ostatnio oglądać mecze na żywo. Na stadionie jest mnóstwo wolnych miejsc. Klub dąży do zmiany tej sytuacji nie czyniąc niczego, co pomogłoby odzyskać zaufanie. Akcje promocyjne to tylko alibi.

Kibice Lecha mieli ostatnio okazję obejrzeć lub przeczytać kilka wywiadów z wiceprezesem Lecha do spraw sportowych, a właściwie z właścicielem klubu, bo tak już go należy traktować. Zapewnił, że jego rodzina nie ma zamiaru Lecha się pozbyć. Zmiany właścicielskie nie wchodzą w rachubę. Nigdy nie mów nigdy – wypadałoby odpowiedzieć, życie przynosi rozmaite, niespodziewane rozstrzygnięcia, ale chyba rzeczywiście zamiary rodziny Rutkowskich są sprecyzowane.

Nikt tego nie kwestionuje. Jest jak jest. Lech ma właścicieli, jego byt jest ustabilizowany. Ale władać klubem i bezpośrednio nim zarządzać to są zupełnie inne sprawy. Normalny, zdrowy układ polega na tym: dobrze opłacani, wykwalifikowani specjaliści zarządzają przedsiębiorstwem, a rada nadzorcza ich poczynania kontroluje, tworzy strategię. W Lechu mamy sytuację nietypową – władza wykonawcza i ustawodawcza, i każda inna znajduje się w tych samych rękach. To nie prowadzi do niczego dobrego.

Przed piętnastu laty Lech sięgnął po Puchar Polski. Stało się to w najmniej oczekiwanym momencie. Klub ledwo dychał. Każdy dzień zarządzania nim był ciężką walką o przetrwanie. Każdy proces licencyjny mógł zakończyć się upadkiem, bo trudno było znaleźć argumenty na swoją korzyść. To, że rok po oku udawało się uprawnienia do gry w ekstraklasie zdobyć, graniczyło z cudem. Na przekór wszystkiemu powstała tu drużyna lepsza od tej, którą ostatnio zbudowali nam klubowi „specjaliści”. Prowadził ją trener młody, na dorobku, ale z wyobraźnią i z charyzmą. Udało się pokonać w finałowym dwumeczu Legię, w lidzie zajmować miejsce bliskie podium.

Ważniejsze było jeszcze coś. Lech miał dziesiątki, setki tysięcy fanów gotowych iść za nim w ogień. Prawie każdy poznaniak czuł się Lechitą z krwi i kości. Każdy był członkiem wielkiej Lechowej rodziny. Czuł dumę ze zwycięstw, szczególnie z tak wielkiego triumfu. Kto miał okazję być blisko tych wszystkich wydarzeń, a niżej podpisany do nich się zalicza, nigdy tego nie zapomni. To były dni prawdziwego szczęścia, autentycznej wspólnoty.

Dziś już jej nie ma. Początkowo, gdy znalazł się inwestor, udawało się ją zachować. Wydawał się on gwarantować nie tylko bezpieczeństwo i stabilizację, ale i w niedalekiej przyszłości sportowe sukcesy. Stabilizacja rzeczywiście nastąpiła, jednak dwa mistrzostwa kraju przez 13 lat, jeden Puchar Polski, dwa dobre sezony w europejskich pucharach to osiągnięcia, których przy istniejących możliwościach nie można nazwać sukcesem. Tym bardziej, że były i kompromitujące wpadki, prawdziwe klęski, zawirowania, kryzysy, protesty kibiców walczących z minimalizmem zarządu, brakiem ambicji.

Lech już nie jest wielką rodziną. Ludzie owszem, pasjonują się wynikami, dobrze klubowi życzą, czekają z utęsknieniem na zwycięstwa, ale dawna więź przepadła. Zamiast rodziny mamy bezduszną korporację i urzędników, którzy realizują nakreślone przed nimi zadania, wypełniają obowiązki służbowe. Prezesi klubu, w przeciwieństwie do tych sprzed kilkunastu lat, nie są straceńcami gotowymi dla ratowania go poświęcić wszystko. Nie muszą. Mają komfort zarządzania firmą stabilną, gotową na sukcesy.

Tylko tych sukcesów nie ma, bo prezesi nie wiedzą, jak się za to zabrać. Dobrze, że chociaż finanse są w bezpiecznych rękach. W klubie sportowym wszystko opiera się nie tylko na nich. Głównie na dążeniu do sportowych triumfów. Nawet jeśli nie zawsze się je osiągnie, to trzeba walczyć, a nie zapowiadać, że nas nie stać, bo nie mamy jeszcze zrównoważonego budżetu. To tak nie działa. To jest sport. Tu są emocje. Trzeba nie mieć wyobraźni, by nie przewidzieć, że kibice prędzej lub później będą tego mieli dosyć.

Na układy nie ma rady, także te właścicielskie. Można jednak stworzyć układ nie naruszający stosunków własnościowych, a jednocześnie dający nadzieję na powrót Lecha do gry, a kibiców na stadion. Kto się zna na zarządzaniu wie, że skoro jeden element spółki nie działa, trzeba go zmienić, udoskonalić. Jeśli zarządzanie finansami jest w dobrych rękach, to nic nie stoi na przeszkodzie, by i część sportowa w takie trafiła. Kto głosi, że podjął się misji prowadzenia wielkiego klubu i z niej nie zrezygnuje, niech postępuje racjonalnie, bo Lech nie służy do zabawy.

Józef Djaczenko