Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Klub coraz mniej poważny

włącz .

Po zdobyciu mistrzostwa Polski w 2010 roku Lech nie poszedł za ciosem, lecz przystąpił do równoważenia budżetu. Szczycił się spokojnym, biznesowym zarządzaniem, unikaniem szaleństw transferowych. Podejmował przy tym decyzje sprzeczne ze sobą, szkodliwe, nakazujące wątpić w rozsądek tych, co za ten interes odpowiadają. I osiągnął stan dzisiejszy.

Najbardziej wymowny jest przykład z ostatnich godzin, dotyczący Ivana Djurdjevicia, postaci dla Lecha wyjątkowej. Nie trzeba przypominać, ile dla niego znaczy Lech, jak bardzo wrósł w poznańskie środowisko, jak szybko stał się prawdziwym, szanowanym przez kibiców Lechitą. Klub doceniał jego zaangażowanie, niezłomny charakter, pracowitość. Poświęcił lata na zrobienie z niego trenera, stopniowe wdrażanie go do tego fachu.

Aż przyszedł czas próby. Złe zarządzanie spowodowało klęskę na zakończenie sezonu 2017/2018. Kibice poczuli się oszukani. Zaprotestowali, żądali zmiany zarządu. Władze klubu, chcąc zapewnić sobie święty spokój, zatrudniły jako trenera Ivana nie martwiąc się, że dzieje się to zbyt szybko. Przeskok z trzeciej ligi do ekstraklasy, gdy nie ma się trenerskiego stażu, zwłaszcza w tak rozedrganym emocjami środowisku i w tak trudnym momencie, to potężne ryzyko. Ivan nie podołał. Został więc bez skrupułów zwolniony.

Ludzie nieodpowiedzialni wyrządzili temu człowiekowi krzywdę. Powierzyli mu misję przebudowy Lecha, obiecali wsparcie. Gdy szło źle, otrzepali ręce. Tak się nie robi. To naganne z czysto ludzkiego, moralnego punktu widzenia, nie tylko biznesowego. Projekt nie wypalił? Trudno, wdrażamy inny. Tak postępuje ktoś, kto nie musi liczyć się z własnymi błędami, bo to on rozlicza, a nie jest rozliczany. Może roztrwonić niejeden milion, a wszystko się zmieni, tylko nie jego status.

W ostatnich latach klub takich milionów natracił wiele – w wyniku błędnych decyzji transferowych, zatrudniania nieodpowiednich trenerów, przedłużania z nimi umów, gdy drużyna schodzi na psy. Kluby mądrzej zarządzane uzyskują wyniki lepsze przy niższych nakładach. Dlaczego wytrawny biznesmen, jakim jest właściciel Lecha, toleruje tak niską efektywność? Mówiąc wprost – zgadza się na marnotrawstwo na wielką skalę. Jak zapowiedział, Lech ma wydawać tyle, ile zarobi. Tyle, że wydawać potrafi każdy głupi. Tylko ludzie kompetentni wydają mądrze.

Klub prowadzi uznaną akademię. Zyskuje dzięki niej transferowe miliony, może liczyć na dopływ graczy do pierwszego zespołu. Miała tu obowiązywać zasada – młodzież bierzemy z akademii, dokupujemy klasowych zawodników, powstaje w ten sposób mocna drużyna. Pomysł jest dobry. Dlaczego więc nie wypala? Dlaczego z zagranicy sprowadza się zawodników gorszych od Lechowych juniorów? Dlaczego w koszulkach Lecha na boisko wybiega tylko dwóch-trzech Polaków? Gdy okazało się, że kosztujący miliony złotych Barkroth już dziś jest słabszy od będącego na dorobku Kamila Jóźwiaka, zapadła decyzja o pozbyciu się Szweda. Ktoś, kto w blasku fleszy podpisał z nim umowę, konsekwencji nie poniesie, bo i jak rozliczać legendarny komitet transferowy?

Trudno nawet zliczyć obowiązujące i błyskawicznie zmieniające się pomysły na budowę zespołu. Kiedyś mówiło się o nie angażowaniu zawodników starszych niż 25-letnich, a po kilku miesiącach umowę z Lechem podpisują 30-latkowie. Głosi się, że mamy nadmiar obcokrajowców, a potem dokupuje się kolejnych. I tak dalej, i tak dalej. Rada nadzorcza takie „zarządzanie” toleruje.

Wymowny jest przykład sprzed lat, gdy wyrzucano Jose Mari Bakero. Lech przegrał sromotnie w Chorzowie, a wtedy jeszcze takie klęski traktowało się z oburzeniem. Jedna ze stacji telewizyjnych na żywo rozmawiała z ówczesnym wiceprezesem Arkadiuszem Kasprzakiem pytając o zwolnienie trenera. Odpowiedź brzmiała: klub działa racjonalnie, decyzje poprzedza analizami i dyskusjami w zarządczym gronie. W tym czasie kibice zwoływali się, by „uroczyście”, z wykorzystaniem taczki przywitać wracającego z Chorzowa trenera. Jeszcze słowa członka zarządu nie wybrzmiały, a na stronie Lecha pokazała się informacja o zwolnieniu Bakero przez zarząd. W domyśle – w trakcie podróży, przez telefon, ze strachu przed międzynarodowym skandalem. Na tym polega biznesowe zarządzanie.

Mówiło się kiedyś, że gdyby komuniści wzięli w posiadanie Saharę, szybko wystąpiłby deficyt piasku. Z Lechem jest podobnie. Udało się wyludnić stadion, wygasić emocje, spowodować rozkład drużyny, zniszczyć wizerunek, prawdopodobnie zmarnować trenerską karierę człowieka, który powinien być oczkiem w głowie całego miasta, a wszystko to przy wydatkach sięgających sto milionów złotych rocznie. Piękny wynik! Najgorsze, że można go śrubować.

Józef Djaczenko