Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

To jeszcze nie jest Lech naszych marzeń

włącz .

Zwycięstwo nad armeńskim Gandzasarem Kapan nie przyszło Lechowi łatwo. Strzelił dwa gole, żadnego nie stracił i przed rewanżem jest w dobrej sytuacji. Ważny był jednak nie tylko wynik, ale i postawa odbudowywanej przez Ivana Djurdjevicia drużyny. Z tym było dużo gorzej. Nie pokazała ani twardej, ambitnej walki, ani piłkarskiej jakości.

Po pierwszym kwadransie wydawało się, że wszystko zostało ułożone, a jedyną niewiadomą jest liczba strzelonych przez Lecha goli. W pierwszych minutach nie pozwolił głęboko cofniętym gościom dotknąć piłki. Z czasem otrząsnęli się oni z przewagi Lecha i przeprowadzili niezły kontratak. Tak mieli grać przez cały mecz, a Kolejorz źle się czuje przy takiej taktyce rywala. Na szczęście Gytkjaer z pomocą Makuszewskiego szybko ustalił wynik.

W 10 minucie Gajos, jeden z najlepszych na boisku, świetnymi zwodami poradził sobie z kilkoma przeciwnikami i posłał piłkę na skrzydło. Makuszewski dośrodkował, a Gytkjaer strzelił z powietrza pod poprzeczkę. Po pięciu minutach szarżujący wzdłuż końcowej linii boiska „Maki” został powalony. Izraelski sędzia bez wahania wskazał jedenasty metr. Gytkjaer uderzył mocno i precyzyjnie. Można się było zastanawiać, czy Lech pobije swój pucharowy rekord strzelecki. Nie pobił.

Kolejorz zastosował nową taktykę – z trzema środkowymi obrońcami oraz Makuszewskim i Kostewyczem na wahadłach. System ten w miarę sprawdzał się w ofensywie, ale w defensywie nie działał, bo wahadła nie wracały na czas pod własne pole karne, więc Rogne, De Marco i Janicki musieli dwoić się i troić, by powstrzymać ataki rywala. Goście z Armenii wiedzieli, że muszą wykorzystać swój atut – szybkie ataki, by strzelić na wyjeździe choćby jednego gola. Atakowali coraz śmielej, a w drugiej połowie chwilami mieli nawet przewagę. Byli groźni. Gdyby nie Burić, strzeliliby nie jedną bramkę, ale trzy. Piłkarze Gandzasaru do tej chwili pewnie się zastanawiają, jakim cudem bramkarz Lecha zatrzymał piłkę po ich mocnych uderzeniach.

Im bliżej końca meczu, tym gorsza postawa Lecha. Ivan Djurdjević tłumaczył to rozluźnieniem po szybkim uzyskaniu prowadzenia, ale prawda jest taka, że nowy system wymaga doskonalenia, a kluczowym zawodnikom daleko do formy. Najsłabiej spisali się Radut i Jevtić. Długimi okresami nie byli widoczni, nie ujawniali się, a kiedy już piłka do nich trafiała, nie wiedzieli, co z nią zrobić. W środku boiska rządził Gajos. Obrońcy nie popełniali wielu błędów. O postawie drużyny najlepiej świadczy fakt, że najlepszym graczem był Jasmin Burić.

Nowy trener zapowiedział zmianę sposobu gry na ofensywną i odważną. Póki co tego nie widzimy. W dalszym ciągu obrońcy uporczywie wymieniają między sobą podania i bojaźliwie wycofują piłkę do bramkarza, gdy rywal zastosuje pressing. Gytkjaer jak zwykle był aktywny, szukał sobie miejsca na boisku. Koledzy zamiast podawać, gdy mógł zagrozić armeńskiej bramce, wycofywali piłkę, potem krążyła ona po obwodzie. Brakowało pomysłu na ofensywę.

Lech ma tylko jednego dobrego napastnika. W ostatnich minutach Gytkjaera zastąpił Tomczyk. Młody gracz ma intuicję, potrafi znaleźć się tam, gdzie trafia piłka, ale nie potrafi zrobić z tego użytku. W dwóch sytuacjach zachował się katastrofalnie. Makuszewski poszedł na przebój, mógł szukać strzału, wycofał jednak piłkę do Tomczyka. Ten minął zwodem bramkarza i haniebnie spudłował. Gwoli sprawiedliwości – także Gytkjaer w drugiej połowie zaliczył fatalne pudło. W ten sposób Lech dowiózł szczęśliwe 2:0 do końca. Miał szczęście nie tracąc gola. Do podwyższenia wyniku zabrakło piłkarskiej jakości.

Na ostatnie pół godziny wszedł na boisko Tiba. Wiele pokazać nie mógł, ale to piłkarz lepszy od Raduta i nie ustępujący Jevticiowi, któremu zresztą trudno ustabilizować formę. Bardzo dobrze wykonuje stałe fragmenty, dużo widzi na boisku. Graczy na takim poziomie Lech powinien mieć kilku, o ile rzeczywiście myśli o zmyciu hańby z poprzedniego sezonu.