Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Nie żyje „Luluś”

włącz .

Odszedł Henryk Zakrzewicz, znany powszechnie jako „Luluś”. Człowiek, który miał Lecha w sercu kiedy był człowiekiem zamożnym i kiedy przestało mu się szczęścić. Poza swoim Kolejorzem świata nie widział, na stadionie lub w jego okolicach, czyli w najważniejszym, świętym dla siebie miejscu spędzał cały wolny czas. Był lubiany przez piłkarzy Kolejorza. Witał każdego, który znalazł się w drużynie, wręczał im kwiaty i zachęcał do dobrej gry.

Sukcesy Lecha Poznań zaczęły się w latach 80., gdy wśród wielkich jego kibiców znaleźli ówcześni poznańscy przedsiębiorcy, tacy jak Jerzy Łupicki, działający w branży mięsnej Ryszard Barkowiak, czy zajmujący się głównie handlem Henryk Zakrzewicz. Pomagali władzom siermiężnie działającego klubu, służyli własnymi pojazdami, załatwiali ważne sprawy z władzami PZPN, pomagali w pozyskiwaniu piłkarzy.

„Luluś” był fanatykiem Kolejorza, a niezwykłą estymą otaczał Mirosława Okońskiego, który był dla niego „Paganinim polskiej piłki”. Wspólnie z kolegami sprawił, że „Okonek” wrócił z Legii do Lecha po odbyciu służby wojskowej. Miał duży wpływ na pozyskanie Janusza Kupcewicza. Gorzej się powiodło ze sprowadzeniem jednego z najlepszych polskich piłkarzy lat 80., Jana Urbana. Zawodnik był już w Poznaniu, wybierał mieszkanie, jednak do gry włączyła się Legia i zawodnik znalazł się w… Górniku Zabrze. Branża węglowa trzymała się mocno, potrafiła się przeciwstawić komunistycznej armii. Kiedy Urban przybył do Poznania, by prowadzić Lecha jako trener, wylewnie przywitał się ze swym dawnym znajomym.

Gdyby nie pieniądze i wielkie serce poznańskich przedsiębiorców, na sukcesy Lecha trzeba byłoby czekać dużo dłużej. Jeszcze na przełomie stuleci „Lulusia” można było spotkać w „Pyra Cafe”, lokalu działającym w przybudówce do dawnej siedziby klubu. Zajmował się drobnym handlem, oferował modne koszulki, inne towary. Z czasem „Lulusiowi” przestało się dobrze powodzić. Wpadł w tarapaty, także zdrowotne. Gdyby nie pomoc przyjaciół, nie miałby gdzie mieszkać. Wciąż jednak, niemal do ostatnich dni życia przychodził na stadion, rozmawiał z zawodnikami, żegnał ich, gdy wsiadali do klubowego autokaru, by jechać na mecz.