Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Poznaniacy. Największy skarb Lecha

włącz .

Wystarczy trochę pieniędzy i znajomości piłkarskiego rynku, by sprowadzić gracza na dowolną pozycję. Przy odrobinie szczęścia może się nawet trafić gwiazda. Nikt jednak nie będzie się cieszyć taką estymą, jak chłopak stąd – nie tylko wychowanek, który w klubie przeszedł wszystkie etapy rozwoju, ale i ktoś, kto Lechitą jest od dziecka.

W zamierzchłej przeszłości w Lechu grali wyłącznie Wielkopolanie. Nie wynikało te ze strategii klubu, po prostu taki był polski sport. Młody człowiek zaczynał trenować, oczywiście amatorsko, nawet jeżeli poświęcał temu całą swą energię i cały czas, w swoim rodzinnym mieście i rzadko się zdarzało, by kończył tę przygodę gdzieś indziej. Przywiązanie do barw klubowych to nie był czczy slogan. To była codzienność, trochę tylko wymuszona. Rynek transferowy nie istniał. Piłkarzy nie kupowało się lecz kaperowało oferując im to, czego nie mieli w rodzinnym mieście, czyli ciekawy etat w miejscowej firmie, studia, pracę dla żony. Czasami wykorzystywało się chęć zmiany otoczenia przez gracza, któremu z różnych przyczyn robiło się u siebie trochę duszno.

Przyjście do Lecha zawodnika z innego klubu było rzadkim wydarzeniem, a jako sensację traktowało się każdego cudzoziemca. Ostatnio świat stanął na głowie i przyszło nam zamartwiać się, że tak mało mamy w Lechu Polaków. Z sentymentem wspominamy nie tak odległe czasy, gdy kibicowaliśmy Piotrowi Reissowi, Krzysztofowi Kotorowskiemu, Michałowi Golińskiemu, Bartoszowi Bosackiemu, Zbigniewowi Zakrzewskiemu, Bartoszowi Ślusarskiemu, Damianowi Nawrocikowi... Kolejorz do pewnego stopnia przypominał Athletic Bilbao, w którym programowo grają sami Baskowie. Nie wyobrażaliśmy sobie, by takie czasy miały kiedykolwiek wrócić. Kiedy jednak Akademia Lecha Poznań rozwinęła skrzydła, wszystko stało się możliwe.

Szymon Drewniak nie gra już w Lechu, ale to piłkarz szczególny – pierwszy od lat, który tu przeszedł wszystkie szczeble rozwoju, aż do pierwszej drużyny. Mieszkał przy ulicy Hetmańskiej, mama przyprowadziło go na pierwszy trening, gdy zaczynał podstawówkę. Nie zrobił takiej kariery, jak trochę młodsi koledzy – Tomek Kędziora, Dawid Kownacki, Janek Bednarek. Żaden z nich nie urodził się w Poznaniu, co nie znaczy, że kibice nie obserwują ich rozwoju z dumą, nie traktują jako najprawdziwszych Lechitów. Szymon jednak zostanie zapamiętany jako człowiek stąd, Lechita od dziecka.

Jego śladem idą kolejni poznaniacy. Robert Gumny przebojem wdarł się do pierwszej drużyny, błyskawicznie został podstawowym zawodnikiem Lecha. Gdyby już w czerwcu, jak mu się to prorokuje, miał zmienić ligę, ominęłaby go przyjemność występowania w jednej drużyny z innymi poznaniakami. Paweł Tomczyk, czyli chłopak z osiedla Kopernika prawdopodobnie latem na stałe dołączy do pierwszej drużyny Lecha. Zapowiadają się kolejne poznańskie debiuty. W materiale publikowanym przez Lech TV można było usłyszeć nazwiska młodych graczy, którzy mogą zacząć treningi z pierwszą drużyną, być może wyjadą też z nią na obóz przygotowawczy. Wśród nich są rodowici poznaniacy, tacy jak Mateusz Skrzypczak, Tymoteusz Klupś, czy Marcin Maćkowiak (na zdjęciu).

Ciekawy jest przykład tego ostatniego. Jego piłkarski rozwój nie przebiegałby tak dynamicznie, a przede wszystkim nie zacząłby się tak wcześnie, gdyby nie tata Maciej, który jako 12-latek zaczął treningi w barwach Warty Poznań. W 1989 roku jego drużyna rozbiła rówieśników Lecha 5:1, a on ustrzelił hat tricka. Następnego dnia jego rodziców odwiedził trener Zbigniew Franiak. Proponował przenosiny do Kolejorza. Oczywiście sprzeciwu nie było. Przez cztery lata Maciej Maćkowiak był skrzydłowym w Lechu, potem sytuacja rodzinna wykluczyła regularne treningi. Grał już tylko amatorsko w nieistniejącej już Admirze, gdzie zresztą jego kolegą z boiska był Mariusz Skrzypczak, dziś kierownik drużyny Lecha. Mieli synów w podobnym wieku. Nie spodziewali się, że i oni zostaną kolegami z boiska, w młodzieżowych drużynach Lecha. I obaj zapukają do pierwszej drużyny Kolejorza.

– Gdy Marcin był dzieckiem, oglądał moją grę – wspomina Maciej Maćkowiak. – Podobało mu się. Nie trzeba go było namawiać do przyjścia na stadion, gdy Lech w 2005 roku organizował testy dla sześciolatków. Zjawiło się stu chłopców. Wyselekcjonowano 40, wśród nich Marcina, najszybszego wśród rówieśników. I zaczęło się coś, co trwa już 12 lat, czyli trzecią część mojego życia. Można powiedzieć, że to nie tylko mój syn. Także Kolejorza, który miał wielki udział w jego wychowaniu – dodaje Maciej Maćkowiak.

Pierwszym trenerem Marcina był Robert Śliwowski, kolejnym Piotr Zbąszyniak. Widział w nim skrzydłowego, chłopak był tak szybki, że nikt nie potrafił go dogonić. Chodził na Ratajach do SP nr 3, ale musiał ją zmienić na „Trzynastkę”, gdzie znalazł się oczywiście w klasie, której patronował Lech. Trener Gniewko Markiewicz dostrzegł w nim talent i wytypował do przenosin do Akademii we Wronkach. Tam trafił pod skrzydła Przemysława Małeckiego, obecnego asystenta Czesława Michniewicza w kadrze u-21. Kolejny trener to Krzysztof Kołodziej, u którego, w drużynie juniorów starszych, został jednym z najważniejszych graczy.

Najtrudniejszym momentem w piłkarskim rozwoju zawsze jest przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej. Marcin liczy, że odbędzie się to bezboleśnie. Jego szanse zwiększa osoba Ivana Djurdjevicia, który opiekując się drugą drużyną ma szczególne podejście do piłkarzy, niejednemu otworzył drzwi do pięknej kariery. Marcin dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski w drużynie juniora młodszego. Dwukrotnie otrzymał stypendium prezydenta Poznania – za sukcesy i za dobrą naukę. Przed nim to, co najważniejsze, czyli podwójne wejście w dorosłość: gra z seniorami, matura.

Niespodziewanie o18-letnim piłkarzu zrobiło się głośno – media poinformowały, że zainteresowały się nim kluby z ekstraklasy i zza granicy. Marcin takie wieści przyjmuje z satysfakcją, motywują go do pracy, ale ma tylko jeden cel: grę w pierwszej drużynie Kolejorza. Kto go bliżej zna wie, że temu chłopakowi trudno zawrócić w głowie. Wie, na czym musi się skupić. O mentalności Marcina świadczy jego gra. To klasyczny środkowy pomocnik, wyróżnia się odpowiedzialnością. Potrafi skutecznie wesprzeć defensywę, gdy jest taka potrzeba, stać go na kluczowe podanie do napastnika. Strzela też filmowe bramki, jak ta w Zabrzu, w jesiennym w meczu Centralnej Ligi Juniorów. Potrafi wykorzystać wrodzoną szybkość.

Józef Djaczenko