Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Trudna sztuka wygrywania

włącz .

Był czas, gdy kibice Lecha ogłosili chorwackiego trenera cudotwórcą. Wydobył drużynę z kryzysu, wydźwignął ją w górne rejony tabeli, postawił na nogi piłkarzy wydawałoby się straconych. Trwała seria zwycięstw po 3:0, Kolejorz wydawał się nie do zatrzymania. Potem niestety nastąpiły wydarzenia, które radykalnie zmieniły opinię o trenerze. Okazało się, że nie potrafi niczego wartościowego wygrać, przepadały kolejne szanse. Czy tak już pozostanie? A może trenerskie wahadło wróci na pozycję z początków wiosny?

Nie ma mądrego, który potrafiłby jednoznacznie wskazać na przyczyny powodujące, że wiosną Lech się zatrzymał. Stało się to w momencie, gdy zaczęły się spotkania najważniejsze w sezonie. Coś nie pozwoliło mu ich wygrywać. Mimo tego cierpliwość wobec trenera była ogromna, wciąż mógł liczyć na poparcie klubu i kibiców. Pewny wydawałoby się Puchar Polski przeszedł koło nosa, ledwo udało się zakwalifikować do europejskich pucharów, cóż jednak z tego, skoro cieszyliśmy się tym kilka tygodni.

Latem, po odejściu kilku ważnych zawodników nastąpiła radykalna przebudowa drużyny, a Nenad Bjelica miał na ten proces wpływ przemożny, mógł wskazywać piłkarzy mu potrzebnych, opiniować tych wyselekcjonowanych przez skautów. Czasu na stworzenie dobrego zespołu było mało i jedyne, na co ze strony Lecha mogliśmy tego lata liczyć, to piękna porażka z FC Utrecht. I władze klubu, i sam trener zamienili ją w sukces, bo drużyna zdobyła się na walkę, stworzyła porywające widowisko. To wskazuje na obowiązującą przy Bułgarskiej mentalność. Niestety, nie jest to mentalność zwycięzców. Gdy nie udaje się niczego wartościowego osiągnąć, pozostaje cieszyć się pięknymi klęskami.

Oczywiście lepiej przegrać tak, jak z Utrechtem niż tak, jak w decydującym meczu przeciwko Legii, gdy nikt w drużynie nie podjął walki. Klęska jest jednak klęską, skutki ma takie same: brak trofeum, przepadek punktów w rankingu UEFA, ograniczanie dopływu pieniędzy do klubowej kasy, zmarnowanie zaangażowania kibiców. Jeżeli po walce nie uda się wygrać, nikt nikomu wyrzutów nie czyni. Jeżeli jednak w klubie dzieli się ważne mecze na te przegrane honorowo i te kompromitująco, a wygrywanych nie ma wcale, to mamy do czynienia z wynaturzeniem.

Trener Bjelica ciągle cieszy się, wielokrotnie ostatnio deklarowanym, poparciem władz klubu. Kibice wściekają się po takich wyczynach piłkarzy, jak w Szczecinie, ale nie okazują trenerowi wrogości. Wprost przeciwnie, zachęcają go walki o trofeum, wbrew dotychczasowym wydarzeniom wierzą, że doczekają się trofeów. A właściwie jednego trofeum, bo drogę do innych triumfów piłkarze zamknęli sobie błyskawicznie. Teraz trener nie ma wyjścia – musi zacząć wygrywać. Nie wystarczy pokonać jednego, czy drugiego ligowego przeciwnika. Trzeba pokazać klasę w meczach najważniejszych, decydujących o kształcie ligowej tabeli.

W niedzielę Lech zagra w Niecieczy, gdzie czekać na niego będzie Mariusz Rumak. Pierwszy raz w nowym sezonie nie trzeba grać po trzech-czterech dniach, lecz po ośmiu. Ciekawe, jak to wpłynie na piłkarzy, niedotrenowanych lub już odczuwających przemęczenie wyczerpującym sezonem. W kolejną niedzielę, a więc znów po tygodniu odbędzie się mecz z Arką, z którą – mimo przyjaźni – mamy trochę rachunków do wyrównania. Chcąc sprostać słabszej personalnie drużynie, trzeba wydobyć z siebie to, z czego ona słynie: wolę walki, ambicję.

Potem nastąpi przerwa w rozgrywkach. Po niej żarty się skończą, nie będzie można tłumaczyć się brakiem zgrania i wypracowanych mechanizmów taktycznych, przemęczeniem. Lech pojedzie do Szczecina zrewanżować się za pucharową klęskę, ugości Koronę, odwiedzi we Wrocławiu Urbana. No i zaczną się tygodnie decydujące o całym sezonie. Do Poznania przyjedzie Legia, Lech pojedzie do Białegostoku i Gdańska, przyjmie na Bułgarskiej Wisłę. Tych kilka spotkań pokaże prawdziwe oblicze Kolejorza. Piękne porażki sukcesem nie będą. Trzeba wygrywać. Jeżeli trener kompletnie zawiedzie, nie zachwieje to zaufaniem władz klubu, bo one odporne są na dowolną klęskę. Kibicom jednak trudno będzie to znieść. Lepiej, by trener nie musiał więcej testować ich wytrzymałości na ból.

Józef Djaczenko