Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Posprzątane. Można grać na luzie

włącz .

Piłkarzom Lecha źle wychodzą mecze o dużą stawkę, odbywające się na wypełnionych stadionach. Do ostatniego spotkania w sezonie powinni więc przystąpić z przekonaniem, że nie ma się już o co bić. Grając na luzie mogą pokazać, na co ich stać i przy odrobinie szczęścia wyprzedzić w tabeli Jagiellonię. Walka o tytuł do samego końca to fikcja, sztuczne nakręcanie koniunktury. Stołeczna Legia Lechię pokona, bo… tak ma być.

Piłkarze Legii zapewniający, że czują się mistrzami Polski, dużo nie przesadzają. Lechia może się do woli sprężać i marzyć o dobrym wyniku meczu przy Łazienkowskiej, ale będzie miała przeciwko sobie tylu przeciwników, że niczego nie ugra. Sensacje wpisane są w futbol. Nic nie jest dane z góry. Jednak nie w tym przypadku. Nie ma co się podniecać czymś takim, jak rywalizacja o mistrzostwo do ostatniego gwizdka. Karty zostały rozdane.

Wynik drugiego meczu miałby znaczenie tylko wtedy, gdyby w Warszawie zapadło rozstrzygnięcie sensacyjne. Bądźmy przekonani, że nie zapadnie. Możemy Lechii współczuć, ale sama jest sobie winna plasując się po sezonie zasadniczym na czwartym miejscu. Taka sama liczba punktów, co u pozostałych drużyn z czołówki, wyklucza ją z europejskich pucharów, a zawdzięcza to nie tylko Lechowi, lecz i znienawidzonej Arce, która w finale Pucharu Polski wykorzystała rozchwianie emocjonalne i nieskuteczność Kolejorza.

Ktokolwiek by w Białymstoku nie przegrał, nie spadnie poniżej trzeciego miejsca. Lechia musiałaby zdobyć w Warszawie choćby punkt, by móc kogokolwiek wyprzedzić, ale tego nie zrobi. Oznaczałoby to bowiem pozbawienie Legii mistrzostwa, a o tak nieprawdopodobnym scenariuszu można zapomnieć. Gdyby w obu spotkaniach padły remisy, obecny układ zostałby utrwalony. Lech zagrałby w pucharach dzięki trzeciemu miejscu w lidze.

Lech może pluć sobie w brodę, że nie zdobył kilku punktów więcej. Szanse na to były. Wystarczyło nie spuścić z tonu w kluczowym momencie, nie tracić punktów. Wtedy nikt nie tworzyłby iluzji o sensacjach w Warszawie, czy innych kosmicznych wydarzeniach. Wystarczyłoby grać do końca swoje i cieszyć się z sukcesu, którego w trakcie sezonu nic nie zapowiadało. To Legia byłaby teraz w rozpaczliwej sytuacji i wierzyłaby w cuda, bo tytuł wymykałby się jej z rąk. Pewna dopływu gotówki dzięki meczom w pucharach, a współczynnik rankingowy ma wysoki, może się wzmocnić. Wypada zacisnąć zęby i życzyć jej jak najdłuższej gry w Europie, bo gdyby odpadła wcześnie, skupiłaby się na lidze i za rok trudniej byłoby ją zdystansować, a przecież wierzymy, że Lech będzie się bił nie tylko o miejsce w pucharach.

Mentalna słabość Lecha ujawniła się w najgorszym momencie. Miała wpływ na rozstrzygnięcia w najważniejszych meczach, pogrzebała możliwość odebrania Legii mistrzostwa. Na pocieszenie trzeba przypomnieć, że tytuł dla niej przesądza start Lecha w europejskich pucharach, bo tak się ułożyła tabela. Najczarniejszy scenariusz nie sprawdzi się zatem. Nie powtórzy się poprzedni, koncertowo zmarnowany sezon. Trudno odczuwać satysfakcję. Trochę więcej profesjonalizmu, trochę mniej minimalizmu, a można byłoby cieszyć się nawet z dubletu.