Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Trudne wybory Nenada Bjelicy

włącz .

Trener Kolejorza cieszył się opinią cudotwórcy, który z każdego, wydawałoby się straconego dla Lecha piłkarza potrafi stworzyć silny punkt drużyny. Przykładem jest Maciej Wilusz. Postawił też na nogi Dawida Kownackiego, skierował go na ścieżkę szybkiego rozwoju. Teraz jednak trener ma problem, bo nawet on nie potrafi doprowadzić do stanu używalności Szymona Pawłowskiego, a Maciej Makuszewski gra tak, jakby coraz mniej zależało mu na dłuższym pobycie w Poznaniu.

Wyrównana pierwsza drużyna była atutem Lecha przez większą część wiosennej fazy rozgrywek. Na kogokolwiek by trener nie postawił, nie żałował swej decyzji, bo drużyna wygrywała niezależnie od składu, w którym wychodziła na boisko. To dawało komfort, pozwalało na swobodę wyboru, nie zmuszało do umysłowej gimnastyki, gdy któryś z ważnych zawodników nie mógł zagrać. Na trenera spadały pochwały za umiejętne żonglowanie piłkarzami. Nie zawodził go żaden. Wtedy jednak drużyna wygrywała, ale gdy Nenad Bjelica poszedł w ślady poprzedników i jego drużyna poniosła spektakularną klęskę, posypały się pytania o sens wystawienia takiego a nie innego składu.

Gdy manewr z jednoczesnym wystawieniem Robaka i Kownackiego powiódł się, trener postanowił częściej sięgać po ten taktyczny wariant. Tak było w finale Pucharu Polski. Gdyby jednemu lub drugiemu udało się wykorzystać którąś z licznych okazji bramkowych, nie byłoby trudnych pytań do trenera. Katastrofalna skuteczność drużyny nakazuje wątpić w sens zastosowanego ustawienia i zastanawiać się, czy nie lepiej było któregoś z tych piłkarzy wprowadzić w drugiej połowie, zwiększając tym samym siłę ofensywną. Do Niecieczy Kownacki i Jevtić nie pojechali. Ponieważ w finale Majewski zawiódł, trener dał szansę od początku Radutowi. Chciałoby się powiedzieć – wreszcie.

Stwierdzenie, że Rumun wygrał Lechowi mecz byłoby przesadą. Przyczynił się jednak do sukcesu chyba najbardziej z wszystkich piłkarzy. Jego akcje w pierwszej połowie ustawiły mecz, w drugiej tak dobrze dośrodkował z rzutu rożnego, że miejscowi piłkarze nie mogli sobie pod bramką poradzić i strzelili samobója. Dośrodkowań z narożnika boiska Radut wykonywał wiele, a wszystkie były dobrej jakości, po każdej powstawało zagrożenie, asyst mógł zaliczyć więcej. Taka powtarzalność nie jest przypadkiem. Nie ulega wątpliwości, że Lechowi trafił się bardzo dobry piłkarz. Szkoda, że mógł pomóc drużynie dopiero teraz, bo wcześniej pokazywał się na boisku tylko w końcówkach. Teraz trener nie ma wyjścia. Rumun, z korzyścią dla Lecha, musi grać częściej, a dobrze sobie radzi i jako skrzydłowy, i jako rozgrywający.

Absencja czołowych piłkarzy nie zawsze jest niekorzystna. W Niecieczy pozwoliła zadebiutować Puchaczowi. Niewiele mu brakowało do pełni szczęścia, czyli zdobycia gola. Z tych samych powodów kolejne minuty na boisku złapał Tomczyk. Jedna jego dynamiczna akcja w ataku, jeden dobry strzał, jedno dobrej jakości prostopadłe podanie sprawiły, że dużo mówi się o możliwościach tego młodego piłkarza. Niewiele osób dłużej go oglądało, ale jego motoryka i skuteczność na boiskach III ligi są już legendarne. Powinien grać w ekstraklasie częściej. Nie tylko po to, by łapać doświadczenie, zbierać minuty. Jego atuty mogą się przydać. Prędzej lub później wygra Lechowi ważny mecz. To typ piłkarza, któremu wystarczy jedna lub druga błyskawiczna akcja, by zapewnić zwycięstwo. W podobny sposób niegdyś do drużyny wchodził słynący z niesamowitego przyspieszenia Jarek Araszkiewicz. Wojciech Łazarek nie bał się wypuszczać młodych na boisko w ważnych momentach, a oni już wiedzieli, jak mu się odwdzięczyć.

Kilka tygodni temu wydawało się, że trener Lecha stworzył samograja – drużynę wygrywającą w każdym zestawieniu. Szybko przekonaliśmy się, że nie każdy skład jest zwycięski, bo piłkarz też człowiek, może złapać zadyszkę, zgubić koncentrację. Trener ma o czym myśleć, ale wnioski z meczu w Niecieczy są oczywiste. Jevtić nie jest zawodnikiem stworzonym do gry na skrzydle, ale więcej tam drużynie daje niż Makuszewski. Radut jest zbyt wartościowym piłkarzem, by grał przysłowiowe ogony. Jeżeli ma się dwóch dobrych napastników, potrzeba dużego wyczucia, by przewiedzieć, czy warto jednego z nich zostawić na ławce na czarną godzinę. Na młodych warto czasem postawić nie tylko wtedy, gdy wynik jest rozstrzygnięty.