Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

W niedzielę pożegnamy Krzysztofa Kotorowskiego

włącz .

Jeżeli „Kotor” stanie w bramce w spotkaniu przeciwko Ruchowi, będzie to jego 222. mecz w barwach Kolejorza. Niestety, ostatni. We wrześniu skończy 40. rok życia. Już rok temu był bliski zakończenia kariery, zdecydował się ją jednak kontynuować. – Mogłem odejść jako mistrz Polski, ale tego roku nie żałuję, mimo iż w klubie teraz, po nieudanym sezonie panuje smutek. Jestem przygotowany do dużej odmiany w moim życiu. Przestaję grać, ale z Lechem się nie rozstaję – mówi „Kotor”, który ma pracować w Akademii, szkolić młodzież. Żaden bramkarz w historii klubu nie grał tak długo, jak on, nie rozegrał tak wielu spotkań. Odejście ostatniego prawdziwego Lechity kończy ważną epokę.

Do klubu przyszedł w 2004 roku. Był bramkarzem Błękitnych Stargard, klub ten jednak, w związku z finansowymi problemami, wycofał się z rozgrywek, a po „Kotora” sięgnął ówczesny trener Lecha – Czesław Michniewicz. W ten sposób spełnił marzenie. Urodził się i wychował w Poznaniu, w Lechu bramkarzem był jego ojciec Paweł, Krzysztof chciał iść w jego ślady. Trenował jednak w Olimpii, ze względu na wielką odległość do stadionu na Dębcu. Spełniła się przepowiednia jego mamy, która pocieszała syna, że jeżeli będzie dobrym zawodnikiem, to i tak do Lecha trafi. W międzyczasie grał jeszcze w Lubońskim KS i Dyskobolii Grodzisk.

Przetrwał wielu świetnych bramkarzy. Trenował przy Bułgarskiej jeszcze w czasach, gdy sprowadzano do klubu zawodników klasowych, a Lech rósł w siłę, nastawił się na rozwój. Krzysztofowi przypisano rolę zmiennika, ale zwykle prędzej lub później zostawał bramkarzem numer 1. Nigdy nie zawodził, zawsze był dobrym duchem drużyny, wspierał konkurentów do gry w bramce, gdy przegrywał z nimi rywalizację. Kibice otaczali go szacunkiem, po odejściu Bartka Ślusarskiego był przecież ostatnim Lechitą z krwi i kości. Koszulkę Lecha ubierał przez 12 lat. Rozegrał mnóstwo ważnych meczów, zapamiętamy je na zawsze. Dość wymienić długi konkurs rzutów karnych w pojedynku z Interem Baku, gdy obronił ostatni strzał i zadał cios decydujący. Gdyby nie on, Lecha ominęłyby sukcesy w Lidze Europy, pamiętne mecze z Manchesterem City i Juventusem.

– Były piękne momenty, ale to musiało się kiedyś skończyć. Pocieszam się tym, że nadal będę w klubie, zamierzam przychodzić na mecze, dziennikarzom nie będę odmawiał kontaktu – obiecuje i zdradza, że właśnie otrzymał propozycję kontraktu w jednym z klubów ekstraklasy. Nie wyraził zgody, czuje się Lechitą. Chce zakończyć karierę w swoim mieście, swoim klubie. Pytany, co najbardziej utkwiło mu w pamięci, co najlepiej będzie wspominał twierdzi, że najważniejsze jest to, co było pierwsze: pierwszy trening, pierwszy wyjazd na mecz z Kolejorzem, pierwszy mecz w jego barwach.