Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Klęski wpisane w biznesplan

włącz .

Nic nie jest definitywnie stracone, jeszcze tli się nadzieja na grę w europejskich pucharach, ale gaśnie ona z każdą fatalną stratą punktów. Dramatycznie słaby Lech nie potrafi wygrywać nawet wtedy, gdy mecz ma pod kontrolą i piłkarze nie udają, że im zależy. Już dziś, pięć meczów przed końcem rozgrywek, trzeba myśleć o poważnych zmianach w klubie. Nie mogą one ograniczyć się do potępienia zawodników i wyrzucenia kolejnego trenera. Konieczne są ruchy dużo poważniejsze. Trudno jednak mieć nadzieję na przełom.

Tylko w tym roku, czyli w niespełna trzy miesiące, Lech poniósł 6 porażek. To prawdopodobnie nie koniec, gołym okiem przecież widać, że drużyna jest źle przygotowana pod każdym względem. Piłkarzom brakuje dynamiki, świeżości, chęci do walki, popełniają katastrofalne błędy taktyczne, są nieskuteczni, sprawiają przeciwnikom prezenty. To, co się teraz dzieje, jest konsekwencją zmian w klubie wprowadzonych kilka lat temu. Najwyższy czas przerwać ten chocholi taniec. Nie wolno dłużej udawać, że nic złego się nie dzieje.

Po zdobyciu mistrzostwa w 2010 roku Lech błysnął w Europie, zdobył wysoki współczynnik UEFA. Drużyna była konsekwentnie wzmacniana, byle kto nie miał co liczyć na ubranie koszulki Kolejorza. Owszem, zdarzały się błędy transferowe, ale do klubu przychodziły gwiazdy, w Poznaniu grali najlepsi piłkarze polskiej ligi. Potem wszystko się odwróciło. Zaczęły się głupie ruchy w postaci zatrudniania przypadkowych trenerów i wydawania wielkich pieniędzy na piłkarzy, z którymi potem nie było wiadomo, co zrobić, bo do gry w Lechu się nie nadawali. Proces ten trwa, a nawet nabiera rozpędu.

KKS Lech Poznań SA to prywatny biznes. Właściciel może zrobić wszystko, na co ma ochotę, a ryzykuje tylko tym, że ludzie, których traktuje jak klientów, przestaną przychodzić na stadion. Obserwując to, co robi w ostatnich latach można nabrać przekonania, że sportowy sukces nie jest dla niego najważniejszy. Stać go przecież na zaangażowanie fachowców, którzy wiedzą, jak to się robi. Zależy mu na zwycięstwach, na emocjach, rosnącej frekwencji na stadionie, a tym samym na zainteresowaniu sponsorów. Tyle tylko, że nie jest to priorytet. W swoich fabrykach kieruje się innymi zasadami. Tam do zarządzania nie angażuje amatorów.

Skoro po tym sezonie ma nastąpić w klubie przewartościowanie, nie może ono ograniczyć się do sprowadzenia nowych graczy i zaangażowania jeszcze jednego „trenera na lata”. Ludzie, którzy doprowadzili do obecnej sytuacji, nie powinni już podejmować kluczowych decyzji, by po kilku miesiącach rozpoczynać wszystko od początku. Nowi piłkarze są niezbędni, ale to muszą być osoby, z których nowy trener da radę zbudować drużynę wygrywającą, walczącą, przyciągającą na stadion kibiców. Futbol to biznes specyficzny, wiele tu niewiadomych, o sukces trudniej niż w innych dziedzinach. Wszystko rozgrywa się na oczach tysięcy, jeśli nie milionów osób. Stawka jest wysoka. Najwyższy czas wyeliminować przypadek.

Nie jestem optymistą. Nie wierzę, że właściciel się zreflektuje i cokolwiek zmieni. Nie wierzę też, że powie uczciwie kibicom, jaki jest jego prawdziwy cel. Raczej będzie brnąć. Kibice dowiedzą się, że trauma, jaka znów staje się ich udziałem, jest elementem genialnego planu biznesowego mającego przynieść ogromne sukcesy już w roku 2020, a poza tym właściciel czerpie z najlepszych wzorców, pozostaje w roboczych kontaktach z Chelsea i Borussią Dortmund.

Józef Djaczenko