Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zdegustowani kibice na mecze nie chodzą

włącz .

Kiedy Lech grał ostatnio w fazie grupowej Ligi Europy, jego mecze przeżywaliśmy jako wielkie wydarzenia. Potem w klubie zaczęło się dziać źle, drużyna trafiła w niewłaściwe ręce, trzeba było przeżywać upokarzające porażki, marzyć o ponownym pokazaniu się w Europie. Teraz Lech znów gra w fazie grupowej, ale jego występy nie budzą większego zainteresowania. Odpuszczenie meczu w Lizbonie powoduje, że mało kto wybiera się na pojedynek z Bazyleą.

Wielki potencjał klubu, z którym utożsamia się całe miasto, prawie cały region został roztrwoniony. Zamiast budować mocną drużynę, obrać sensowną strategię rozwoju klubu, złymi decyzjami próbowano ratować poprzednie błędy. Za sprowadzanie do Poznania piłkarzy brali się ludzie nieodpowiedzialni. Co gorsze – mogli popełniać dowolne błędy i nic ich za to złego nie spotykało. Mogli spokojnie planować następne transfery. Właśnie pracują nad kolejnymi, ale nie wiadomo, co zrobić z piłkarzami, którzy nie mieli prawa trafić do Poznania.

Wydaje się, że Lecha prowadzi teraz najlepszy trener z tych, jacy tu pracowali w ostatnich latach. Konkretnego sukcesu jeszcze nie osiągnął, o trofeach dopiero marzy, potrafił jednak trafić do piłkarzy, wyprowadza zespół z kryzysu, a to jest zadanie trudniejsze niż zarządzanie nim w okresie prosperity. Ma przy tym wielkiego pecha, bo okres ciekawych spotkań w Lidze Europy przypada w momencie, gdy co kilka dni trzeba walczyć w ekstraklasie i starać się odrobić ogromne straty z pierwszej części sezonu. Trudno mieć do trenera pretensje za to, że w wyjazdowym meczu w Lizbonie oszczędzał czołowych piłkarzy. Po trzech dniach trzeba przecież walczyć o ważne punkty w Gdańsku. Po kolejnych trzech – podjąć w Poznaniu Wisłę.

W Lizbonie zagrali więc piłkarze drugiego wyboru. Obrona została zestawiona eksperymentalnie, a w ataku „brylował” Denis Thomalla. Wspierali go skrzydłowi, którym daleko do dobrej dyspozycji. Przeciwnik był kiepski, wcale nie lepszy od Pogoni, z którą Lech sobie ostatnio na wyjeździe poradził. Skład, jaki wystawił trener na mecz z Belenenses, ze Szczecina prawdopodobnie wróciłby z porażką, zwłaszcza gdyby zagrał równie spokojnie, kunktatorsko, bez woli zwycięstwa. Żaden piłkarz nie da rady rozegrać dziewięciu meczów na pełnych obrotach w ciągu miesiąca. Trzeba stosować rotację. Problem w tym, by mieć solidnych zmienników, wyrównany skład, a w Lechu niektórzy piłkarze wyraźnie odstają od kolegów. Trener musi po nich sięgać z konieczności.

Ktoś, kto sprowadzał latem do klubów napastników, dowiódł swej wielkiej ignorancji. Prawdopodobnie ci sami „specjaliści” dali długi kontrakt Dariuszowi Dudce. Powodem jego zatrudnienia było międzynarodowe doświadczenie tego piłkarza. Tymczasem w każdym meczu naraża on swymi nieodpowiedzialnymi zagraniami i faulami drużynę na poważne niebezpieczeństwo. W Lizbonie w polu karnym używał rąk w walce o piłkę. Efekt – rzut karny. Aż niewiarygodne, że taki gracz będzie nas straszył jeszcze przez kilka lat. Czy trudno się dziwić ludziom, że nie chcą chodzić na mecze z udziałem takich „gwiazd”? Fatalna postawa drużyny w Lizbonie nie przyciągnie kibiców na stadion na grudniowy mecz z Bazyleą. Nie pomoże obniżka cen biletów o kilka złotych, na nic jakiekolwiek akcje promocyjne. Od dawna wiadomo, że marketing jest zbędny, gdy ma się mocny, walczący, wygrywający zespół. Gdyby Lech miał inne priorytety, już dawno zatrudniłby ludzi znających się na budowaniu drużyny, potrafiących ocenić przydatność piłkarzy.