Dwa razy prowadzili, zwycięstwo stracili

Bardzo trudny mecz Lecha. Fatalne, zlane deszczem boisko, twardo grający przeciwnik. Dwa razy Kolejorz wychodził na prowadzenie, dwa razy je tracił po błędach w obronie. Tym razem Lech nie pokazywał gry, z której jest znany. Zamiast krótkich podań, były długie i niecelne. Zamiast szybkich ataków, rwane i nieporadne, szczególnie w drugiej połowie. Wywalczonego w takich warunkach punktu nie można nie szanować.

Trener Lecha nie eksperymentował. Postawił na ludzi, którzy go nie zawodzili wygrywając trzy mecze z rzędu. Ostatnio zaburzył dobrze funkcjonującą maszynę i skutki były widoczne nie tylko w wyniku, ale i w jakości gry. Najbliższy mecz dopiero w sobotę, więc nie trzeba było liczyć się ze stratą sił zawodników grających najczęściej.

Ulewa, jaka nawiedziła Wrocław przed meczem, zamieniła boisko w jedną wielka kałużę. Lepiej się na nim czuli gospodarze, o czym przekonaliśmy się na samym początku, gdy Lech wychodził w piątkę z kontratakiem, ale Tibie piłka zatrzymała się w kałuży i było po szansie. Śląsk panował nad wydarzeniami, tak się przynajmniej wydawało, przez kwadrans.

Wtedy szybki cios wyprowadził Kolejorz. Jóźwiak uruchomił bardzo aktywnego Kamińskiego, ten przyspieszył, podał do Gytkjaera. Piłkę próbował jeszcze wybijać obrońca. Duńczyk dopadł jednak do niej i strzelił swego gola nr 21. To niczego nie przesądzało. Śląsk ani myślał rezygnować ze zwycięstwa. Lech ratował się wybijaniem piłki poza boisko, a gdy zaatakował, znów piłka pechowo stawała w wodzie i ciekawie zapowiadające się ataki przepadały.

Bisko coraz bardziej przypominało boisko prawdziwe, bo przestało padać, ale jak na złość Lechowi dalej rwały się akcje. Nie próbował swej gry podaniami, stosował środki bezpośrednie, wiele w tym niestety było niedokładności. Kilka razy wydawało się, że wystarczy jedno podanie, by rozmontować defensywę Śląska. Jednak tego podania akurat brakowało, albo było fatalnej jakości.

Optyczną przewagę mieli gospodarze. Sprawniej i częściej przedostawali się pod brankę van der Harta. Nic im to nie dawało, Lechowi udawało się te akcje przerywać. Mimo iż słabo im wychodziło kontratakowanie, to i tak byli bardziej konkretni w ofensywie. Częściej i celniej strzelali, byli bliżej drugiej bramki niż Śląsk pierwszej.

Pierwsza połowa dla Lecha. W drugiej, na wciąż nieprzyjaznym boisku, rozgorzała twarda walka. Piłkarze nie oszczędzali zdrowia, kości trzeszczały, sypały się żółte kartki. Śląsk próbował grać agresywnie, a Lechowi wciąż nie wychodziły szybkie akcje. Nadal preferował długie, rzadko celne podania, stronił od gry, która jest jego mocną stroną. Gospodarze potrafili tworzyć zagrożenie. Dwukrotnie mocno i celnie strzelił Pich, van der Hart musiał błysnąć refleksem, by nie dać się pokonać.

Lech jakoś przeczekał te ataki, ale nadal daleki był od swojej gry. Przestał oddawać strzały. Nie był sobą Jóźwiak, znacznie tym razem bardziej mógł się podobać drugi skrzydłowy, Kamiński. Najlepszy na boisku był Tiba. Gytkjaer nie stanowił dla Śląska już zagrożnia, w dodatku faulem wyeliminował się z meczu z Legią.

W 76 minucie zakończyła się rekordowa seria van der Harta bez straty gola. Wytrzymał 468 minut. Rzut wolny, wrzucenie piłki pod bramkę, wbiegający Puerto nie miał problemów z pokonaniem Holendra. To był skutek nie tyle słabej gry w defensywie, co braku jakiejkolwiek ofensywy. Podawaniem sobie piłki w środku boiska meczu się nie wygra, trzeba jeszcze coś wykreować. A jednak po strzale przewrotką Kamińskiego piłka nie trafiła do bramki, ale w rękę obrońcy. Pech Śląska, szczęście Lecha. Sędzia sprawdzał, podyktował rzut karny. Chwilę wcześniej boisko opuścił Gytkjaer. Moder egzekucję wykonał bezbłędnie, przywracając Lechowi prowadzenie.

Do końca meczu brakowało 8 minut, można więc było liczyć, że Lech dowiezie punkty do końca. Miał nawet szansę podwyższyć, niestety Żamaletdinow przegrał biegowy pojedynek. A po chwili Śląsk znów się podniósł – w przeciwieństwie do Lecha potrafi wykorzystywać rzuty rożne. Bardzo źle tym razem zachował się źle ustawiony van der Hart. Prowadzenie można było odzyskać i zamknąć mecz, niestety Lechowi nadal akcje się nie kleiły, przegrywał prawie wszystkie bezpośrednie stawki o piłkę. Potrafił przycisnąć, szkoda jednak, że tylko przez chwilę i nieskutecznie.

Śląsk Wrocław – Lech Poznań 2:2 (0:1)

Israel Puerto 76, Jakub Łabojko 85 – Christian Gytkjær 17, Jakub Moder 82 (k)

Śląsk: Matus Putnocky, Lubambo Musonda, Israel Puerto, Mark Tamas, Kamil Dankowski, Robert Pich (68 Filip Marković), Krzysztof Mączyński, Jakub Łabojko, Michał Chrapek (74 Piotr Samiec-Talar), Przemysław Płacheta (88 Sebastian Bergier), Erik Exposito.

Lech: Mickey van der Hart, Bohdan Butko, Lubomir Satka, Djordje Crnomarković, Tymoteusz Puchacz, Jakub Kamiński (82 Michał Skóraś), Kajub Moder, Pedro Tiba, Dani Ramirez (71 Juliusz Letniowski), Kamil Jóźwiak, Christian Gykjaer (Timur Żamaletdinow).

Żółte kartki: Chrapek, Mączyński – Gytkjær, Puchacz.

Widzów 5781.

Fot. lechpoznan.pl/Przemysław Szyszka

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Zemszczą się za Puchar Polski?

Awans do finału przeszedł Lechowi koło nosa. Trener i piłkarze po frajersko przegranym półfinale byli wściekli. – Uciekło coś, na czym nam bardzo zależało. Teraz

Trofea nie dla Lecha

Realna szansa na zdobycie pierwszego od lat trofeum – Pucharu Polski – przepadła. Kolejorz miał ogromne szanse awansować do finału, dokonał jednak niemożliwego. Mimo wielkiej

lech - lechia wiosna'20

Bitwa o finał

To nie będzie mecz o nic. Zapowiada się twardy, zacięty bój o awans do finału Pucharu Polski. Lechia Gdańsk odpuściła ostatnie ligowe spotkanie z Cracovią,