Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Aktualności

Miasto upośledzone

włącz .

Nagłe przeniesienie turnieju Lech Cup do hali uniwersyteckiej w Morasku unaoczniło problem, jakim jest w Poznaniu brak nowoczesnej hali widowiskowo-sportowej. Leciwa Arena sypie się. Trzeba ją było zamknąć, odwołać ciekawe imprezy. Za małe kilkadziesiąt milionów można zrobić remont, ale nie to jest miastu niezbędne, lecz budowa nowoczesnego i dużo większego obiektu. Władze miasta bronią się niestety przed takim rozwiązaniem.

Poznań był jednym z nielicznych polskich miast z dużą halą widowiskowo-sportową. Dużą jak na swoje czasy, czyli połowę lat siedemdziesiątych. Nie byłoby jej, gdyby nie okrągła rocznica powstania komunistycznej Polski. Arena miała czcić jubileusz, bez tego o budowie nie było co marzyć. A ponieważ pomysł zrodził się późno, trzeba się było spieszyć, by zdążyć na 22 lipca 1974 roku. Projektant wymyślił kształt okrągły, by wykorzystywać elementy łatwe w produkcji, bo o identycznym kształcie. To była jedyna szansa dotrzymania terminu.

Z okrągłej widowni zawody sportowe oglądało się fatalnie, niczym na dożynkowcu o trybunach bardzo oddalonych od boiska. Na fatalną akustykę skarżyli się muzycy, słusznie porównujący Arenę do cyrku. Mimo tych niedoskonałości hala długo służyła miastu i nie tylko. Odbyły się tu dziesiątki pamiętnych koncertów, niesamowite mecze rozgrywali koszykarze Lecha i polscy siatkarze, organizowano gale bokserskie i mnóstwo innych zawodów. Z czasem poczciwa Arena wyczerpała swe możliwości. Trzeba było ją poddawać remontom, przeróbkom. Można to nadal czynić, ale chyba nadszedł moment, by powiedzieć wprost: szkoda na to kasy. Administrowany aktualnie przez Targi obiekt nie spełnia współczesnych standardów, jest przestarzały.

Czy Poznań musi być gorszy od Łodzi, Krakowa, czy Trójmiasta? Chyba tak, skoro nasz prezydent budowę nowoczesnego obiektu uznaje za niewykonalną. Być może wysnuł też fałszywy wniosek ze swego wyniku wyborczego: jego konkurent wielką halę obiecywał, a z kretesem przegrał, więc mieszkańcom taka inwestycja nie jest do szczęścia potrzebna.

Nic bardziej błędnego. Gdyby mieszkańcy sugerowali się tym, co pan prezydent obiecywał cztery lata temu, a czego nie zrealizował, gdyby głosowali na konkretny program dla miasta, kandydat Jaśkowiak poległby. Wygrał, bo ogólnopolska sytuacja zamieniła wybory w plebiscyt. Znam ludzi, co głos na Jacka Jaśkowiaka oddali z zaciśniętymi ze złości zębami i z przekonaniem, że spełniają obywatelski obowiązek. Przymknęli oko na to, że kandydat nie pochwalił się sensowną wizją rozwoju Poznania, a tylko hasłami mogącymi liczyć na poklask najwyżej w Szklarskiej Porębie. Chcąc nie chcąc poparli osobę o wyrazistych poglądach, pokazującą się na wydarzeniach, dzięki którym Poznaniowi niczego nie przybędzie.

Panu prezydentowi Jaśkowiakowi wypada przypomnieć Jerzego Kropiwnickiego, polityka równie wyrazistego. Został prezydentem Łodzi, ale nie miał dla tego miasta czasu. Bez reszty poświęcił się przywracaniu święta państwowego w dzień Trzech Króli. Udało mu się, ale łodzianie nie wyrazili mu wdzięczności. Mieli dość prezydenta zaniedbującego własne miasto. Zorganizowali referendum i pana Kropiwickiego odwołali. Dziś mają panią prezydent cieszącą się rekordowym poparciem. Nie z powodów politycznych, ale za to, co robi dla swego miasta, ile potrafiła zbudować, zorganizować, co po sobie zostawi.

A co nam zostanie po panu Jaśkowiaku? Dużo mniej niż po jego poprzednikach. Niefunkcjonalny dworzec ani nieprzejezdna Kaponiera nie jest dziełem obecnego prezydenta. On je tylko krytykuje. Być może dlatego postanowił jeden z tych obiektów odciąć od świata przy pomocy drugiego. Dojazd do ulicy Dworcowej z każdego kierunku prowadzi przez Kaponierę, na której, w ramach walki z motoryzacją, ruch został sparaliżowany. Wściekający się kierowcy z zazdrością patrzą na czerwone, szerokie aleje wypełnione tłumem cyklistów. Szkoda, że wszyscy mają na sobie czapki-niewidki. Gdyby je zdjęli, może ktoś by uwierzył, że polityka pana Jaśkowiaka ma sens. Panie prezydencie, nasz dworzec jest fatalny, ale ludzie ciągle z niego korzystają, więc muszą jakoś dojechać, a bagaż trudno załadować na rower.

Pan prezydent uznał, że budując drogi stadion miasto na lata wyczerpało możliwości inwestowania w obiekty sportowe. Nasz stadion przynajmniej nie jest na garnuszku samorządu. Ma użytkownika. We Wrocławiu samorząd nie tylko utrzymuje taki obiekt. Finansuje też ekstraklasowy klub piłkarski. Tamtejszy prezydent stwierdził, że jest to dla miasta korzystne, buduje jego markę. W Krakowie lewicowy (choć w gruncie rzeczy apolityczny, poświęcający się, w przeciwieństwie do pana Jaśkowiaka, tylko miastu) prezydent doprowadził do budowy dwóch miejskich stadionów, dla każdego z liczących się klubów. Jest tam też 15-tysięczna, piękna hala. Nie stoi pusta. Gości wydarzenia, na które jeżdżą także, zazdroszcząc krakusom, poznaniacy.

Prezydent Jaśkowiak musi uwierzyć, że stać go na więcej niż udział w demonstracjach. Kadencja jest długa. Wystarczy czasu na stworzenie koncepcji budowy hali, szukanie inwestorów chcących wziąć udział w przedsięwzięciu publiczno-prywatnym. Poznaniacy to docenią, bo każdy marzy o zawodach sportowych wielkiej rangi, koncertach światowych gwiazd. Taki obiekt rozwinąłby i ożywił miasto położone przy lotnisku i autostradzie, zyskałoby finansowo. Bez niego jest upośledzone. Tylko prawdziwy ojciec miasta potrafi to dostrzec. Szkoda, że poznaniacy nie mogli sobie takiego wybrać.

Józef Djaczenko